Page 1 of 4

Rozdział I

Posted: Tue, 28 Aug 2012, 13:05
by Eon
Akt I - "Kajaj się przed gniewem bożym, lecz stokroć bardziej przed furią Dziadka swego..."
Dusze biorące udział w kontynuacji tortur literackich:
  • Eddilard Wolfire
    Elley
    Evanesca Irenvire
    Falibor
    Fläveth Iberin Rhazaal [BN]
    Terill Senus
    Inni
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wraz z muśnięciem dłonią tafli portalu było dla wszystkich jasne - odwrotu nie ma i nie będzie, dopóki misja nie zostanie wypełniona. A jeśli nie powiedzie się całkowicie lub jej uczestnicy stracą zapał... cóż, Dziad wcale nie obligował się do pomagania im non stop, prawda? Co było dosyć podejrzane, przecież miał ich runy, mógł im nakazać równie dobrze żonglować jabłkami skradzionymi z targu, co pędem rzucić się i drapać ogry po jajach.

Może to wcale nie były runy? Nie, nikt tu nie wierzył w zbiegi okoliczności, tak samo, jak nie dawano wiary w słowa Mistrza Luster, ni choćby w samą jego osobę. Czy grupy nie ciekawiło, dlaczego akurat oni musieli się podjąć tej misji? I skąd po nagłej śmierci dwunastu Magów Kręgu wyrasta znikąd portal do przeszłości? Do końca nigdy nie wiadomo, co siedzi w głowach Runicznych Wojowników...

Najwyraźniej Dziad nie przejmował się całą tą szopką. Gdy reszta doświadczając przed chwilą podróży w czasie, zmagała się z bólem głowy i problemami z równowagą po upadku na ziemię, Rhazaal stał kilka metrów od nich, trzymając w górze jakiegoś chłopaczka za szyję. Nie wyglądało to na zabawę, bo młody krztusił się i nie ukrywał problemów z oddychaniem. Innym kręciło się w głowie. Dziad pytał:

- Przepuścisz nas? - jego głos wcale nie wydawał się srogi, lecz było w nim coś złowróżbnego.
- N-nie wiem o co chodzi, p-puść mnie, t-ty grobowa maro... - w odpowiedzi dane było mu usłyszeć niemrawe popiskiwania, przy swoim oprawcy sprawiające wrażenie tych dziecięcych. Przewodnik zmarszczył brwi. Owszem, wyglądał staro, ale nie aż tak...

Falibor jako pierwszy miał siły podnieść się na równe nogi, acz o przejściu choćby kilku kroków nie było mowy. Efekty teleportacji wstecz nie były przytłaczające, goście w starym świecie nie zostali zdeformowani, po prostu odczuwali normalne rezultaty zabawy takiego kalibru.

Eddilard zobaczył leżący na ziemi półtorak. Wiedział, jakie uzbrojenie zabrał ze sobą Dziad, a był nim jedynie sztylet i laska, więc ten miecz musiał należeć do...

- Więc nie przepuścisz?
- Spieprzaj dziadu!

Eve poznała to chrupnięcie. Kark ofiary został strzaskany, co potwierdziła wkrótce jej całkowita bezwładność, z jaką upadała na ziemię. Ciało nie wyglądało na zbyt sfatygowane, siniaki nie mogły być skutkiem walki między bezimiennym chłoptasiem, a dziadową eminencją, poza tym, żadnych śladów, ran, czegokolwiek. Sam Staruszek również zakonserwował się w takim stanie, w jakim ostatnio grupa widziała go przed wejściem do portalu. Teraz, gdy oni zbierali się z komicznego pełzania na czworaka do pozycji pionowej, on siedział sobie na solidnym kamulcu, bandażując dokładnie lewą rękę. Potem, jak gdyby nigdy nic, odpalił fajkę i wyciągnąwszy mapę, przeglądał ją namiętnie.

- Wlazło siedmiu, wyszło pięciu. Nie wiedziałem, że będą aż tak słabi - gbur przemówił, odwracając na wpół łysy łeb w kierunku kompanii, informując ją o brakach w składzie. Po krótkiej analizie zebrani mogli z łatwością ocenić, kto był nieobecny. Ekshibicjonista i uzdrowiciel. Nie przedostali się na drugą stronę. Dziadyga niespecjalnie się tym przejął. - Zbierzcie się tu, sprawdźcie, czy wszystko leży na swoim miejscu. To dobry moment na zastanowienie się, kto z was powinien liderować - kontynuował. Elley dostrzegła wór. Podobnie, jak inni, ale tylko jej nie umknął pewien szczegół. Brodacz za to sięgnął wgłąb i wyciągnął... solidną pajdę chleba. Skonsumował ją nieśpiesznie, zagryzając... dymem z fajki.

Kiedy uznał, że gawiedź zaczęła wreszcie ogarniać rzeczywistość, wyjął jedną strzałę z własnego kołczana i pieszczotliwie przejeżdżał skostniałymi palcami po lotkach, być może oceniając ich stan, kto go tam wie...

- Przede wszystkim jednak, musicie się zająć tym - burknął, kiwając głową przed siebie. W odległości setki kroków chrapały sobie przyjemnie dwa zielone smokowce, jeden większy, drugi drobniejszy, oba zaś odbijały promienie słoneczne swoimi łuskami. Wyglądały majestatycznie. Nie, nieważne że spały. W końcu nie widuje się ich przy drodze. - Inaczej możemy siedzieć tu i do śmierci grać w bierki - skwitował, pogrążając się w odmętach własnych myśli i studiach nad mapą. Jakiekolwiek próby rozmowy z nim w tym stanie były skazane na porażkę, choć próbować zawsze można.

Ale przecież istnienie innej drogi było wręcz pewne, to nie jest tak, że... nie. Tu nie było innej drogi. Cała przestrzeń pokryta trawą w zasięgu wzroku była otoczona przez potężne masywy skalne, wypiętrzone przez bachora Aonira (informacje nieoficjalne), bo nie wyglądały zwyczajnie, na pewno nie jak skutek zderzenia się potężnych sił rządzących światem Eo. Wspiąć się przecież można! Ano można, ale nie po pionowej, gładkiej i śliskiej ścianie, bo tak w większości prezentowała się kamienna bariera odgradzająca Runicznych Wojowników od wolności. Jedyne, niewielkie i ciasne [formacja gęsiego!] przejście znajdowało się tuż za zadem wyrośniętego smoczka. Pięknie.

No ale mości panowie i panie, mamy zieloną trawkę, parę drzewek, co daje również ździebko cienia, w bród czasu i... i co dalej?

Proszę bardzo. Elley, PW. Kolejka: Aileen --> Inne dusze

Re: Rozdział I

Posted: Fri, 31 Aug 2012, 01:54
by Landaen
Pierwszą czynnością Falibora po znalezieniu się w tym obcym dla niego świecie było dokładne zapoznanie się z jego podłożem.
Podróży przez portal nie można było nazwać przyjemną. Mimo, że nie trwała długo, była koszmarna - na tyle, by powalić na ziemię zaprawionego w bojach wojownika, za jakiego Falibor się uważał. Przez chwilę pozostał na niej bez żadnego ruchu - miał potężne zawroty głowy, nie bardzo docierało też do niego, co dzieje się w pobliżu. Dlatego też najemnik z początku nie zwrócił uwagi na piski młodzika, który to ośmielił sprzeciwić się Dziadydze - zanadto był zajęty przekonywaniem swojego żołądka, że zwrócenie ostatniego posiłku wcale nie jest tak dobrym pomysłem, na jaki wygląda.
Pozbierał się jednak dość szybko - wspierając się na rękach, zdołał najpierw pobieżnie obadać sytuację, a później nawet wstać, choć cały czas miał wrażenie, że zaraz znowu padnie na tą, jakże przyjemną dla oka, zieloną, sprężystą trawę. O jakimkolwiek ratowaniu młodzieńca z rąk Rhazaala nie było mowy - nim najemnik zdołał ruszyć się z miejsca, tamten zwalił się na ziemię, dziwnie bezwładny. Właściwie niezbyt to Falibora obeszło - jeśli chciał się dowiedzieć, co właśnie tu zaszło, to tylko z ciekawości. O tym jednak mógł mu opowiedzieć chyba tylko Dziad, a na rozmowę z nim wojak raczej nie miał ochoty - przynajmniej nie w tym stanie. Najpierw wypadało doprowadzić się do stanu używalności i zobaczyć, co dzieje się z resztą drużyny.
Cała czwórka była już na nogach... czwórka? Nie, nie mylił się - brakowało uzdrowiciela i golasa. Ich prawie zrobiło mu się żal - chociaż właściwie nie znał ich lepiej niż tego uśmierconego przez Dziadygę młodzika, to jednak byli runicznymi na służbie u Srebrnej Dłoni, przez co w pewien sposób czuł się z nimi związany. Ogrom tej straty dotarł do niego jednak nieco później - kiedy uświadomił sobie, że nie może liczyć na magiczne leczenie. Ale rozpaczać też nie zamierzał. Postanowił za to zachować się jak przystało na stereotypowe najemne ścierwo - zabawić się w hienę cmentarną.
Podszedł więc do trupa i przyklęknął tuż obok niego, zaczynając przeszukiwać ciało. Miał w tym już niejaką wprawę - było to jego normalne działanie po każdej większej bitwie, w jakiej miał okazję brać udział. A nuż znajdzie się coś ciekawego...
W międzyczasie wysłuchiwał słuch Rhazaala. Na wzmiankę o obraniu sobie lidera umyślnie nie zareagował, nie chcąc wdawać się w taką dyskusję. Niech reszta podejmie decyzję, myślał. On albo się dostosuje, albo nie, zależy, jak mu się uwidzi. Kiedy Dziad skinął głową, pokazując na coś w głębi wąwozu, w którym się znajdowali, spojrzał w tamtą stronę, dostrzegając dwa smokowce. Spały, ale mimo wszystko...
- Niech to szlag - odezwał się z cicha, nie do końca ufając jeszcze swojemu głosowi. - To tam, to twarde, szybkie i zwinne bestie. W dodatku plują ogniem, przynajmniej niektóre z nich... zresztą, Ereon wie, jak to się ma teraz. Można tłuc w nie mieczem do usranej śmierci bez żadnego efektu, a ich zęby, szpony czy ogon potrafią zabić jednym ciosem, jeśli się ma pecha. Gdyby mnie ktoś pytał o zdanie rzekłbym, że nie ma co głupio nadstawiać karku i że powinniśmy spróbować się koło nich przekraść. Rośnie tu przyjemna, sprężysta trawka, która powinna dobrze tłumić kroki... Jeśli zaś bestie się obudzą... wtedy pozostaje nam chyba tylko szybko się pomodlić i zabić to jak najprędzej - najemnik urwał, potoczył spojrzeniem po pozostałych członkach drużyny, dając im do zrozumienia, że czeka na jakiś genialny plan bądź to strategii walki ze smokowcami, bądź też ominięcia bestyj.

Re: Rozdział I

Posted: Sat, 1 Sep 2012, 18:01
by Aileen
Przejście przez portal przypominało przepychanie przez wąską rurę zakończone bolesnym upadkiem na ruchomą powierzchnię.
Chwila, ruchomą?
Evanesca z trudem poruszyła wszystkimi kończynami i podniosła się z ziemi. Sekundę później musiała skorygować błędne przypuszczenie - dalej leżała twarzą do ziemi. Kołowacizna świata trwała jeszcze przez chwilę, Eve w końcu wygrała walkę z grawitacją i podniosła się. Nieprzyjemne mokre chrupnięcie przywróciło jej umysł do stanu podwyższonej uwagi.
Rhazaal wypuścił bezwładne, lecz wciąż drgające ciało młodzieńca i usiadł niespiesznie na pobliskim kamieniu, bandażując sobie rękę jak gdyby nigdy nic. Na obliczu Evaneski malowała się za to jedynie zgroza. Zanim zdążyła podejść do ciała z zupełnie bezcelowym zamiarem sprawdzenia czy chłopak na pewno jest martwy, ubiegł ją czarnowłosy wojak. Równie niespiesznie zaczął przeszukiwać wciąż drgającego trupa. Evanesca poczuła irracjonalną ochotę skręcenia drugiego karku do kompletu...
- Wlazło siedmiu, wyszło pięciu. Nie wiedziałem, że będą aż tak słabi - mruknął Dziad. Sens tych słów dotarł do Evaneski dopiero po kilku chwilach. Od razu zauważyła kogo brakowało - nigdzie nie widziała Thomasa. Coś zakłuło ją w piersi. Był jedyną osobą z którą zdążyła zamienić kilka zdań, jedyną która myślała choć trochę podobnie jak ona. Cóż, dla niego ta samobójcza misja zakończyła się nim na dobre się zaczęła. Prędzej czy później i ją to spotka. Zauważyła też, za zabrakło uzdrowiciela. Jego strata była ciężka dla drużyny, zwłaszcza że jako jedyny umiał zrobić użytek z magii życia. Evanesca nie wiedziała nawet jak miał na imię.
- Wystarczy, hieno. - wycedziła Evanesca. Chwyciła go za ubranie na karku i bezceremonialnie odciągnęła od zwłok. Gdyby miał dłuższe włosy, zapewne to one stałyby się miejscem zaczepu, a głośna i nieprzychylna opinia o jej działaniach zapewne obudziłaby ich łuskowatych gości. Dziewczyna zignorowała jakąkolwiek odpowiedź, zajęta kontemplacją sytuacji ze smokowcami. Wolała ich nie zabijać, gwarantowało to jedynie wiele trudno gojących się ran. Z drugiej strony... Ona może by się przekradła, ale ubrani w zbroje runiczni wojownicy z pewnością zwrócą ich uwagę. Drapieżnik zawsze śpi płytko.
Hiena cmentarna, alias Falibor mówiła całkiem od rzeczy. Z przekradaniem mógł być jednak problem.
- Kto to był? - zapytała, kierując wzrok na spokojnie pykającego fajeczkę Dziada i wskazując na trupa.
- Nie wiem czy uda się pięciorgu runicznych wojowników przekraść obok czujnych smokowców. Nie powinniśmy ich zabijać, im mniej ingerujemy w przeszłość tym lepiej. Najlepiej byłoby w jakiś sposób odwrócić ich uwagę... lub wypłoszyć.
Szczerze wątpiła by smokowce bały się ognia, ale jeżeli nic innego nie wymyślą... Grunt, żeby "pokaz fajerwerków" choć trochę je zainteresował.
- A może nasz szanowny pan przewodnik ma jakiś pomysł?

Re: Rozdział I

Posted: Sun, 2 Sep 2012, 20:22
by 1Magol
Po wyjściu z portalu, jeśli Edd mógł nazwać to wyjściem, padł na ziemię i przez dłuższą chwilę nie miał pojęcia co się z nim dzieje - Cholera... - powiedział - czuję się prawie tak jak po wtedy, gdy postanowiłem stanąć za koniem gdy byłem mały... - zaraz po tych słowach Edd otrząsnął się i zobaczył że Falibor już stoi, aczkolwiek nie rusza się za bardzo, pewnie również odczuwa skutki przejścia przez portal. Chwilę potem Eddilard podniósł się, tylko po to by paść na kolana i czekać aż nudności miną...
- A cóż to? - Edd zobaczył leżący tuż przed nim półtorak którym pewnie posługiwał się młodzik znajdujący się w tej chwili w objęciach Dziadowej dłoni...
W tym samym momencie wojownik zobaczył jak z rąk Dziadunia wyślizguje się jakiś młodzieniec - szkoda mi go - pomyślał - jednakże lepiej on niż my, prawda? - Edd wreszcie stanął na równe nogi i postanowił się rozejrzeć gdy nagle usłyszał znajomy, nieprzyjemny głos - "Wlazło siedmiu, wyszło pięciu. Nie wiedziałem, że będą aż tak słabi..." - W pierwszej chwili Edd nawet nie zwrócił uwagi na to iż brakuje wśród nich tego półnagiego oraz, na nieszczęście jedynego uzdrowiciela...
Chwilę później Dziad począł gadać o wybraniu Lidera - niestety jak zwykle Edd wyłapywał tylko co drugie słowo, następnie Staruszek już na wstępie postawił grupę przed samobójczą misją - Smokowce... - pomyślał Edd - czemu ze wszystkich stworów muszą to być akurat smokowce? - Edd spojrzał na swoje rękawice - Nie, nie myśl o tym... Nie teraz...
Wojownik przeszedł parę kroków i dostrzegł że nie ma innej drogi jak prześlizgnąć się za zadem smoka... - Miałem rację... - powiedział Cicho - mówiłem że wyląduję prosto w rzyci jakiejś bestyi...
Pierwszą rzeczą jaką zrobiła Evanesca było skarcenie Falibora, który postanowił okraść martwego chłopaka...

- "Najlepiej byłoby w jakiś sposób odwrócić ich uwagę... lub wypłoszyć"
Evanesca miała racje nie uda im się przekraść obok smokowca, Eddilard jednak od razu wiedział że ten problem nie jest prosty do rozwiązania...
- Smokowce nie boją się byle fajerwerków... - powiedział Edd do wojowniczki... - nie łatwo jest wystraszyć smokowca, już łatwiej go ubić, a tego raczej nie zrobimy... - Edd spojrzał się na monstra po czym zerknął na trupa...
- Podpinam się pod pytanie Eva'y - Powiedział Edd do Rhazala - Kim był ten chłopak? - Wojownik kiwnął głową w kierunku trupa i czekał na odpowiedź przewodnika...

Re: Rozdział I

Posted: Mon, 3 Sep 2012, 19:27
by Elley
Dziewczyna upadła na ziemię, a świat wokół niej wirował. Leżała tak na ziemi, starając się przywrócić "do porządku" po tej podróży. Kątem oka zauważyła Dziadygę, który trzymał jakiegoś chłopaka. Zaczęła powoli wstawać, jeszcze jedno zakołysanie i już... była gotowa do drogi. Powoli podeszła do reszty towarzyszy. Jej wzrok zatrzymał się na worze, nie był to ten sam, który widziała przed przejściem. Zauważyła bowiem malutką różnicę, która byłe niemalże niezauważalna. Przycisnęła wargi na wzmiankę o tym, że dwóch nie dotarło. Nie przypuszczała, że tak wcześnie pojawią się ofiary, a może miała nadzieje, że ich nie będzie. Miała mnóstwo myśli i pytań, na które nikt nie znał odpowiedzi, a nawet jeśli tak to prawdopodobnie nie zechciałaby ich usłyszeć. Znów spojrzała na twarz starca, kiedy zaczął mówić o liderze. Na te słowa odruchowo spojrzała na towarzyszy, lecz sama nie miała zamiaru się zastanawiać, kto byłby odpowiedni, wolała to pozostawić innym. Dziadyga powiedział o przejściu, które znajduje się za zadem smokowca. Wtedy wywiązała się dyskusja.
- Eva ma racje... lepiej starać się nie zmieniać nic w przyszłości... a może w przeszłości... - powiedziała trochę niepewnie. - Może przywołać jakiegoś ożywieńca? Choć nie to kiepski pomysł. - rzekła. Wzrok wbiła w starca, pytania, które padły w jego kierunku były dość ciekawe i sama chętnie poznałaby odpowiedź.

Re: Rozdział I

Posted: Wed, 5 Sep 2012, 20:20
by Bezix
Gdy Terill pojawił się po drugiej stronie portalu, padł na ziemię i przez moment był nieprzytomny. Po chwili się ocknął spróbował się podnieść, udało mu się to dopiero po kilkunastu męczących próbach.
- W sytuacjach takich jak ta ciężka zbroja może być zdradliwa... - jego to nawet bawiło, można tak było przynajmniej przypuszczać po wyrazie jego twarzy. Gdy już w pełni odzyskał siły, zauważył jakiegoś młodzieńca w rękach Dziada próbującego się wydostać - bezskutecznie. Wojownik nie okazał mu współczucia, wiedział z doświadczenia, że lepiej nie zadzierać z tym starcem.
- Wlazło siedmiu, wyszło pięciu. Nie wiedziałem, że będą aż tak słabi... - Terill dopiero po słowach starucha zdał sobie sprawę z tego, że zabrakło półnagiego człowieka i uzdrowiciela - Wielka strata... i skąd my weźmiemy teraz drugiego uzdrawiacza?
Chwilę później Dziad zaczął mówić coś o wyborze lidera, ale jego to niezbyt interesowało, wolał zaczekać na decyzję pozostałych. Jego uwagę przyciągnęło po chwili to o smokowcach - Smokowce? Jeszcze nam tego brakowało... Mam nadzieję, że możemy je jakoś ominąć....

Postanowił jednak w przeciwieństwie do innych rozglądnąć się po okolicy i wymyślić coś co pomoże im przejść przez stwory. Nie zwracał szczególnej uwagi na na plądrującego zwłoki Falibora i krytykującą jego zachowanie Evanescę, czy też na gapiącego się na nich Eddilarda. Rzeczywiście, nie było tutaj żadnego innego przejścia - ...czyli nie możemy..
Wojak spoglądając z daleka na smokowce w przejściu starał się obmyślić jakiś plan, ignorując przy tym dyskusję pomiędzy Evą, a Eddem.
PS Wiem, że i tak słabo napisałem...

Re: Rozdział I

Posted: Sat, 8 Sep 2012, 11:59
by Eon
Dziadziuś od początku wyraźnie bagatelizował sprawę. Być może przeżył po prostu zbyt wiele, by cokolwiek go ruszało, być może tak naprawdę jest zwyczajnym głupcem, a być może po prostu lubi placki z jabłkami. I jakoś nie miał ochoty specjalnie pomagać w zbieraniu się z ziemi reszcie grupy. To nie brak troski, bo przecież skoro z czymś takim nie mogliby sobie poradzić, to co tu mówić o wykonaniu powierzonego zadania? A, fakt. Thomas i ten od uzdrawiania już nie przeszli pomyślnie pierwszego testu. Później jednak będzie czas, by zapalić ewentualne znicze, na razie wszyscy mają większy problem.

Na szczęście podejście Falibora od raz poprawiło wszystkim humor. No, może nie wszystkim. Dziad już pomrukiwał widząc, do czego zabiera się wojownik, chciał udzielić mu reprymendy za pomocą swojego buta, ale... szczęśliwie interweniowała Eve. A mogło skończyć się takim milusim guzem! Biedna hiena nic nie znalazła, absolutnie nic. Chłopak nie posiadał czegokolwiek wartościowego, oprócz trzech guzików w kieszeni.

- No to masz jakieś chujowe informacje, chłopcze - skomentował wywód Fallusa oburzony staruszek. Nie spodobało mu się sianie takiej dezinformacji, ziarno prawdy w tym przypadku nie było do zaakceptowania, grupie należało się sprostowanie. Wielkoduszny przewodnik zadecydował jednak, że na razie woli kontynuować pykanie fajki. Priorytety, moi drodzy.

A, tak! Pytanie Eve o zabitego młodzieńca też zostało zignorowane. Biedna amazonka nie uświadczyła nawet pogardliwego prychnięcia. Kiedy Edd oświadczył, że i jego ciekawi zamordowany, spod bieluśkich wąsisk wydobyło się głuche warknięcie. Ich właściciel musiał sobie właśnie uświadomić okrutną rzecz: polega na nim piątka zupełnie obcych ludzi. Schowawszy mapę i westchnąwszy głęboko, Rhazaal wstał, wlazł na kamulec który wcześniej gościł jego tyłek, by wyciągnąć dziwaczny przedmiot. Przypominał metalową opaskę, jakiś chitynowy mini-pancerz, ale w środku miał... soczewkę? Czerwoną? Wkrótce fajeczka utkwiła w zębiskach starca (swoją drogą, że mu one jeszcze nie spróchniały, to dziwne), a oko którego nie przysłaniała opaska musiało przyzwyczaić się do monoklu. Przez moment wzrok najstarszego z drużyny spoczął na smokowcach.

- Pomysł, tak? No to zacznijmy wpierw od tego, że to nie są ani zwinne, ani szybkie bestie. Przynajmniej na nasze pokraczne, ludzkie standardy. Nie mówię tu o staniu w miejscu, jak apetyczny słup księżycowego srebra [Evanesca pewnie znowu się zastanawiała, z jakich powodów Dziad żarł ten rodzaj metalu], wtedy byle żuczek stanowi zagrożenie. Zielone smokowce nie plują ogniem, choć mogą być toksyczne. Te nie są. To matka z dzieckiem, również samiczką, nie ma się czego obawiać - stwierdził łagodnym tonem, a przynajmniej starał się brzmieć w ten sposób. Bo przecież zęby, szpony i ogon to już żadne zagrożenie, prawda? - Przesmyk jest wąski, a te zwierzątka tarasują całe przejście. Plan z wystraszeniem też jest dość kiepski. To ich terytorium, matka przeszuka je całe, by wyeliminować zagrożenie, które powoduje coś równie nienaturalnego w jej środowisku, jak przykładowe fajerwerki. W zasadzie... gdybym miał łuk, to bym je po prostu ustrzelił - burknął, zeskakując z głazu prosto na zieloną trawkę. Czyli Dziadziuś nie miał planu. Albo miał, tylko nie chciał się nim dzielić z innymi?

Najwyraźniej lasce przewodnika też należała się chwila odpoczynku, bo zaraz spoczęła na ziemi, kiedy wysoki jegomość podszedł do zwłok. Osamotniony worek i "instrument palacza" również leżały w pobliżu podpory. Co interesujące, brodacz nie kulał, kroki stawiał sprawnie.

- Chodź, młody, wyprawimy ci pogrzeb, bo inaczej Hirin cię nie przyjmie... - mruknął pod nosem, pochwyciwszy zdechłą ofiarę i przerzuciwszy ją sobie przez ramię, odmaszerował w przeciwnym kierunku do legowiska smokowców. - Kombinujcie. Na brzuchach smoczki nie mają łusek i choć trudno się do nich dostać, wystarczy wbić w tamte okolice coś ostrego, bestia dostanie szału - dopowiedział, kończąc wywód jakimś obco brzmiącym zdaniem, prawdopodobnie w innym języku. Chyba obraził się troszkę na zatrważający poziom braku samodzielności u Runicznych Wojowników, walczących o swoją wolność.

Re: Rozdział I

Posted: Sat, 15 Sep 2012, 17:52
by Bezix
Uwaga Terilla wciąż spoczywała na smokowcach dopóty, dopóki Dziad nie zaczął krótko opieprzać Falibora.
- No to masz jakieś chujowe informacje, chłopcze.
Po ty słowach na moment nastała cisza, a mężczyzna jakby zapomniał o tym co miał robić, po prostu zaczął czekać na następne słowa - być może tamten wiedział co zrobić. Wyglądało też na to, że Starzec zignorował Eve - gdyby tak nie było, to raczej odpowiedziałby od razu. Chwilę później odezwał się i jak można było się domyślać - nie była to odpowiedź na pytanie dziewczyny, a raczej wyjaśnienie "planu" przeciw smokowcom. Jednak Terill nie widział nic w tym ciekawego - to raczej nie pomogłoby wywabić lub zabić te stworzenia.
- Kombinujcie. Na brzuchach smoczki nie mają łusek i choć trudno się do nich dostać, wystarczy wbić w tamte okolice coś ostrego, bestia dostanie szału - i po tym Dziad się oddalił. - Jednak przydały się nauki języków - wojownik pomyślał z ulgą. Zrozumiał z tego zdania tyle, żeby co i jak.
- Nieważne jak to zrobimy, byleby się nam udało... - gdy już Dziad zaczął się oddalać, powiedział półgłosem w chęci usłyszenia tego przez jedną lub dwie osoby, jak nie więcej.
- Jeśli nie zamierzacie tutaj stać cały dzień, to mam plan - odezwał się ponownie, ale już normalnym tonem - A, i przepraszam, że nie przedstawiłem się... dużo wcześniej. Nazywam się Terill Senus.

Wiem, że ten krótki odpisik też słaby...

Re: Rozdział I

Posted: Sat, 15 Sep 2012, 20:59
by Aileen
Ewidentne ignorowanie jej pytania wzbudziło w Evanesce gniew, lecz zacisnęła zęby i nie powiedziała ani słowa. Poprzysięgła sobie jednak, że nie odpuści.
"Plan" Dziadunia nie został przez nią dobrze przyjęty. Zabicie smokowców oznaczałoby ingerencję w przyszłość... Niemniej jednak skoro zamierzają powstrzymać rzekomą przyczynę rzekomej śmierci magów Kręgu, na pewno Dziad prędzej czy później każe im kogoś zabić. Lub też, w jakiejś innej, hipotetycznej sytuacji, sama będzie walczyć o życie. Jeśli któryś z Runicznych zdecyduje się na jakiś głupi wyskok i gadzina zaatakuje, także nie będzie się wahała.
Westchnęła cicho, bezwiednie gapiąc się na smoczki. Istniała szansa, że samica w obronie młodego nie zaatakuje nieznanych agresorów, a jedynie spróbuje ich odstraszyć, ewentualnie ucieknie. Jednakże Eve czuła, że wszyscy tutaj nie wyglądają na zagrożenie, a raczej jak... chwila, co on powiedział? Jak apetyczne słupy księżycowego srebra, o właśnie. Pokarm, jednym slowem.
W pewnym momencie Evaneska nie wiedziała już czego naprawdę chce. Czy pozbawić głowy Dziada, pechowe smokowce czy też kolegów z drużyny...
- A więc zdradź nam swój plan, panie Senus. Nie oczekuj jednak, że zakrzyknę entuzjastycznie coś w stylu "Masz mój miecz!", jestem przeciwna zabijaniu tych zwierząt.
Jaka szkoda, że Dziad zabił tego biedaka, przynajmniej mielibyśmy przynętę... - pomyślała.

Re: Rozdział I

Posted: Sat, 15 Sep 2012, 23:03
by Landaen
Młodzieniec nie miał szczęścia w życiu. Nie dość, że został zabity przez Dziadygę, to jeszcze był biedakiem. Cóż za pech...
...i cóż za bezczelność! Czyżby Evanesca nie wiedziała, że odmawiać najemnikowi grabieży to jak nakazywać abstynencję krasnoludowi? To było sprzeczne z prawami natury! Faliobr jednak nie skomentował tego nijak - po pierwsze dlatego, że nie znalazł niczego ciekawego, po wtóre zaś, bo Dziad otworzył usta, z pewnością po to, by uraczyć drużynę słowami mądrości, wyłożyć swój błyskotliwy plan, pokrzepić dobrym słowem...
- No to masz jakieś chujowe informacje, chłopcze - odezwał się Rhazaal. Właściwie... miał rację, ale w takim razie wojakowi należało się parę słów wyjaśnienia, prawda?
Nieprawda, fajka była ważniejsza. Czy też gapienie się na smokowce przez jakiś dziwaczny przedmiot, którego właściwości Falibor próbował bezskutecznie dociec przez dłuższą chwilę. Oględziny wkrótce przerwał, by skupić całą swą uwagę na dziadowym wykładzie.
Warto było. Skoro tylko najemnik dowiedział się, czym te smokowce właściwie są i jak mogą się zachować, w jego umyśle pojawiło się coś na kształt planu. Myślał co prawda prostymi kategoriami - skoro bestie stoją na ich drodze, a nie da się ich wystraszyć, to należy je zabić, samemu utrzymując się przy życiu i zachowując pełnię zdrowia. To z kolei oznaczało, że przydałaby się pewna przewaga na początek... No bo chyba nikt nie będzie przeczył oczywistym faktom, że smokowce pożyły zbyt długo?
Terill wspomniał coś o planie, bardzo dobrze, a nuż wymyślił coś naprawdę mądrego. Evanesca z kolei oświadczyła, że nie chce zabijać. Znalazła się, miłośniczka zwierząt, niechby ją demony z Bruzdy porwały i zrobiły... no, coś, co demony z Bruzdy potrafią najpaskudniejszego.
- Tak, powiedz, coś wymyślił - poparł jednak kobietę. - Co do mnie, choć nie mam nic przeciw ubiciu smokowców, to jednak nie zamierzam rzucać się na nie na oślep. Potrzebujemy drobnej przewagi... no właśnie. Może włada ktoś magią, zdolną skołować te bestie choćby na chwilę, oślepić, spowolnić, ogólnie zrobić coś, co przyda się podczas starcia? - zwrócił się do drużyny.

Re: Rozdział I

Posted: Sun, 16 Sep 2012, 00:07
by 1Magol
Cholera... - pomyślał Edd chwilę po tym jak Dziadyga postanowił najzwyczajniej schować do kieszeni pytania które były skierowane w jego stronę.
Niestety również plan z wystraszeniem bestyi spalił na panewce gdy Dziadek postanowił podzielić się swoją wiedzą na ich temat, - zostało więc tylko ubić te potwory... - W głowie Edda zaczęły pojawiać się przeróżne pomysły ale niestety żaden z nich nie zdawał się być zdatny do zrealizowania. Nagle obudziły się w Rhazalu ludzkie uczucia, albowiem postanowił on pochować chłopaka którego zabił chwilę temu - Nie znam tego języka... - pomyślał Wojownik gdy Dziad mamrotał coś pod nosem udzielając grupie kolejnej garści informacji na temat Zielonych smokowców - Cholerny Dziad... chodząca encyklopedia, denerwuje mnie... - Zamruczał pod nosem gdy nagle jeden z towarzyszy postanowił się przedstawić, Edd uśmiechnął się w jego kierunku, zerknął na Eve a następnie zapytał - Właśnie, jakiż to plan Terillu? - Wojownik skrzyżował ręce na piersi - Nie mam nic przeciwko zabiciu tych potworków, jeśli tylko będę wiedział że jest to bezpieczne... - Edd odwrócił się do Falibora,który chwilę temu zapytał się grupy o paranie się magią.
- Magia? - skierował się do Falibora - Hmmm, można by spróbować mam nawet pewien pomysł ale pierwej chcę usłyszeć ten, na który wpadł Terill.
Cholera... Ależ tu gorąco - pomyślał, po czym zdjął swój płaszcz i schował go do plecaka...

Re: Rozdział I

Posted: Mon, 17 Sep 2012, 20:06
by Eon
Bo się Sargon pluł. Sorrki, ale bazgranie w paincie to nie jest rzecz, którą robię na co dzień... i przepraszam za porzucenie koncepcji "polanki", dzięki temu jednak zwiększyłem Wasze szanse na przetrwanie. Image Legendarna legenda:

Czarne "krechy" - koniec tego, co możecie zobaczyć, duże, wypiętrzone masywy skalne.
Szare "krechy" - po ich przekroczeniu smoczki mogą zacząć coś podejrzewać, ale nie muszą...
Brązowe "fale" - w większości miejsc nachodzą na czarne krechy, oznacza to, że w tamtych okolicach wspinaczka jest absolutnie niemożliwa.

Zielone kropki - drzewka, ich ilość jest podana w przybliżeniu, bo na każdą kropkę przypada od jednego do trzech roślinek.
Czarne kropki - kamulce, a ich ilość jest dokładna (pokrywa się z ilością pokazaną na na arcydziele powyżej).
Różowa kropka - obecne miejsce pobytu Dziada.
Małe, fioletowe kropeczki - Wy wszyscy, dusze skazane na tortury literackie...

Fioletowa "cośka" - w tym miejscu wyskoczyliście z nici czasoprzestrzennej.
Niebieskie "cośki" - smoczyska, a za nimi naturalnie droga ku wolności.
Żółta "cośka" - a tego zdradzić nie mogę, miejsce nieodkryte (skryte za drzewami i masywami skalnymi), być może pozwoli się Wam stąd wydostać lub... zabije szybciej, niż łuskowate stworki.
Czerwona "cośka" - tam się powinniście znajdować przed Bożym Narodzeniem, inaczej rzucam tę sesję w pizdu...
Pusty trójkąt w pobliżu miejsca pobytu bohaterów - pozostawione klamoty Dziadka (wór i laska)

Ponad to, ważna rzecz: tak jak niektórzy twierdzą, że podczas seksu wielkość nie ma znaczenia, tak tutaj niestety jest inaczej, bowiem wielkość kropek odpowiada faktycznej wielkości danej rzeczy. I tak np. kamulce są większe i mniejsze, drzewa są mniej więcej takie same (choć jedno z nich się mocno wyróżnia, możecie dostrzec jego koronę z miejsca w którym stoicie), a Dziad... cóż, po prostu taki wyszedł, przepraszam.

Plus, wszędzie jest trawa. Wszędzie. Mogę powiedzieć tylko, iż Falibor miał rację, będzie tłumić kroki. Nie w stu procentach, ale będzie.

Jak coś niejasne, pytajta. A żeby było zabawniej, mogę odmówić odpowiedzi. Pzdr.

Re: Rozdział I

Posted: Tue, 25 Sep 2012, 17:41
by Bezix
Gdy po słowach Terilla wszyscy wyrazili chęć usłyszenia planu, ten się lekko uśmiechnął i zwrócił głowę w stronę Evanescy.
-A szkoda - odpowiedział żartem na żart.

Myślałem nad tym, żeby odwrócić jakoś ich uwagę - ale wtedy, jak mówił Dziad, matka może zacząć przeczesywać okolicę w poszukiwaniu źródła tej przykładowo wystrzelonej kuli ognia, można byłoby powiedzieć, że to odpada, ale... Jeśli to prawda, to można by było w ten sposób zwrócić jej uwagę, jeśli nie... No cóż. Najlepiej by było wtedy, gdyby i młody smokowiec ruszyłby razem z nią - wtedy można by było bawić się w takie jakby podchody, a potem zwiać z tego miejsca, zanim zaczęła by być świadoma naszej obecności i nas zauważyła. Jeśli jednak by został, to wtedy musielibyśmy jakoś utłuc tego dorosłego osobnika, o ile by się ruszył z leża. Widzę, że wojowników - w tym mnie, jest trzech, a więc dwóch z nas schowało by się gdzieś w krzakach, a jeden odwróciłby uwagę i zaprowadziłby do tych co się ukrywają i dopiero wtedy doprowadziłby do walki. Tamci natomiast zaszliby go od flanki i postarali się wbić miecze w brzuch - bo tam ma swój słaby punkt. Przy wsparciu maga, oczywiście i przydałoby się też parę ożywieńców - tylko czy ktoś z Was potrafi je przywoływać? - i Terill wyciągnął z kieszeni sakwę, a w niej mikstury lecznicze - A i gdyby komuś się oberwało to mamy to. - przerwał mówienie, po czym kontynuował - Zanim jednak mielibyśmy w ogóle przystąpić do działania, dobrze by było rozejrzeć się po okolicy i zobaczyć czy nie ma jakiegoś innego wyjścia, albo czegoś, co mogłoby nam pomóc ze smokowcami. - dodał i westchnął lekko - A teraz przydałoby mi się teraz coś do picia, bo nie piłem nic od kilku godzin... - dopowiedział cicho. - Jakieś pytania, sugestie? - powiedział już głośniejszym tonem i skończył odetchnąwszy.

Cały czas wiem, że i tak słabo.

Re: Rozdział I

Posted: Sat, 29 Sep 2012, 16:49
by Aileen
A więc plan irytującego jegomościa sprowadzał się wyłącznie do zaszlachtowania jaszczurek. Evanesca spodziewała się czegoś bardziej pomysłowego, jednocześnie dowiadując się, że przecenianie sojuszników jest równie niedobre co ich niedocenianie. Zachętę do wyrażenia własnego zdania Eve skomentowała zrezygnowanym westchnięciem.
- O ile dobrze rozumiem, zamierzasz zatłuc na raz dwa smokowce, z czego jednym jest samica gotowa ostatnim tchem bronić młodego, które bądź co bądź, też nieźle walczyć potrafi.
Sugeruję jedynie modyfikację planu dotyczącą natychmiastowej eliminacji jednego ze smokowców, zanim zdoła się na dobre obudzić. Najlepiej by było gdyby była to matka, lecz szanse są nikłe.
Zastanowiła się, czy byłaby w stanie posłać dostatecznie silną ognistą kulę zdolną usmażyć smoka na miejscu. Wątpliwe...
Och, Evanesca zapomniała o jednej jedynej rzeczy, która natchnęła ją podczas przemówienia Terilla. Rozejrzeć się po okolicy.
- Niech ktoś pójdzie po starego i zapyta, czy ma dostateczną siłę przebicia. Albo po prostu obradujcie dalej, ja tymczasem poszukam po okolicy czegoś ciekawego.
Ależ nie obawiajcie się, wrzaski bólu i odgłosy walki przyciągną mnie z powrotem i może uda mi się wam pomóc.
Evanesca uśmiechnęła się czarująco i rozejrzała się po okolicy. Sama nie wiedziała dlaczego nagle ogarnęła ją taka irytacja. Może dlatego, że nie umie pracować w grupie?
Spomiędzy rachitycznych drzewek wystawała korona jednego, sporo większego od innych i w tamtą stronę skierowała swe kroki dziewczyna. Nie miała pojęcia o tropieniu i skradaniu się, ale dostatecznie dużo wiedziała o walce. I ważyła dostatecznie mało, by nie robić hałasu. Szybko natrafiła na wystające skały, a gdy je obeszła, natrafiła w ślepy zaułek. Wciąż miała za plecami smacznie śpiące kreatury, nieświadome faktu, że właśnie kilku runicznych zamierza poderżnąć im gardziele. Wyszła zza drzew, dostrzegając swoją "drużynę", kilka osób zwróciło się w jej stronę. Pokręciła głową ze zrezygnowaniem, dając znak, że nic nie znalazła i ruszyła dalej, próbując wydostać się z niewielkiej kotlinki inną drogą. Rozsądek nakazywał ostrożność, nie tylko dlatego, że tuż obok spały dwa gady. Leżały tuż przy wyjściu z pułapki, w której się znaleźli, co oznaczało, że nie spodziewały się zagrożenia z wewnątrz. Jednakże, wciąż nie zbadali całej okolicy. Kto wie, czy nie obawiają się zagrożenia dlatego, że za skałami, przed którymi stoi Evanesca nie kryje się więcej smokowców?


//Eve próbuje zaglądnąć za skały, za którymi kryje się żółta cośka.

Re: Rozdział I

Posted: Sun, 30 Sep 2012, 11:33
by Elley
Dziewczynie nie podobał się pomysł walki ze smokowcami. Co chwila spoglądała w kierunku, w którym mieli się udać
- Ja umiem przywoływać ożywieńce, lecz nie chce wywoływać walki. Najlepiej spróbować się prześlizgnąć, a w razie zagrożenia ułożyć dodatkowy plan. Przecież te stworzenia mogą odegrać jakąś ważną rolę... Ale, co ja wiem na temat walki. Powiedzcie, co mam zrobić... Ale lepiej to przemyślcie. - powiedziała, a w jej głosie pobrzmiewał smutek. Wolała nie walczyć ze zwierzętami, dla niej zabijanie takich stworzeń nie było konieczne, ani przyjemne - wręcz przeciwnie. Oczy zaszkliły się, przygryzła dolną wargę, a wzrok wbiła w ziemię. Czekała na decyzję nowych towarzyszy. Czuła, że bez walki się nie obejdzie, co jeszcze bardziej ją dołowało. No i czuła też coś jeszcze - strach, zwykły, zrozumiały ludzki strach przed śmiercią...