Gawędy Ariego, spisywane piórami wszystkich ich uczestników. Wolumin II. (P)oszukiwania
W historii udział biorą: Marcus Maev, Landaen, Thalon van Leyen, Lotar Bishop - póki co, wszyscy żywi. Gościnnie: Deris "Pieśniarz Zmarłych"
Prolog - konspiracja
(Część wspólna)
Wszystko zaczęło się w karczmie. Jakkolwiek trywialnym i nieoryginalnym wydaje się ten nudny i wykorzystywany w każdej gawędzie początek, w tym wypadku niechybnie wszystko zaczęło się w karczmie.
Pamiętasz chyba, gdzie znalazłeś ogłoszenie?
Poszukiwania zaginionych bohaterów walki z pustynnymi magami oraz jeszcze ciekawszego i jeszcze bardziej zaginionego skarbu, który magowie schowali... Czy można znaleźć coś ciekawszego do robienia, jeśli wspomnieć jeszcze o możliwości zmierzenia się z nieumarłymi nawiedzającymi ów loch?
Oczywiście, że nie można. To dlatego siedzisz teraz w jednej z izbek karczmy "Pod wysuszonym gardłem" i słuchasz tego, co organizator wyprawy ma do powiedzenia. Jest tu też pozostała czwórka chętnych, która - tak jak ty - nie mówi zbyt wiele. Wiecie, że czas na zadawanie pytań będzie później.
Pokój jest mały, ale rozsądnie urządzony. Znajduje się tu jedno łóżko, niewielki stolik, wokół którego teraz siedzicie (z wyjątkiem Derisa, który za swój obowiązek uznał chodzenie po pomieszczeniu w tę i z powrotem) na niewielkich, trójnogich zydlach. W kącie krytycznym okiem spogląda na was mała szafka, a w ścianę naprzeciw wejścia wmontowano okno, łapiące słońce niemalże od wschodu do zachodu. W tej chwili jednak drewniane okiennice blokują dostęp upalnym, pustynnym promieniom, są jednak na tyle nieszczelne, by do pokoju dostawała się odrobina światła.
Deris tłumaczył wam wszystko powoli i dokładnie, ustalił miejsce i porę spotkania i tak dalej i tak dalej... poszedłes spać jednocześnie pewien i niepewien tego, co będziesz robił.
Zejdziesz do opuszczonych lochów. Tego jesteś pewien. Podobno sa tam uwięzieni bohaterowie niedawnych walk z buntownikami, a ty idziesz to sprawdzić i w razie potwierdzenia się plotki, uwolnić ich - to również pewnik. Będziecie tam także szukać skarbu. O tym zostałeś zapewniony kilkakrotnie. Nie wiesz jednak, jaki w tym interes Derisa. Od karczmarza i innych plotkujących przy barze słyszałeś, że w tamtych walkach zaginął ktoś z rodziny Pieśniarza... wujek, brat, syn... nie, syn raczej nie, Deris nie wygląda na skorego do rozmnażania. Mniejsza, o kogo chodzi. W tej chwili ważne jest odzyskanie skarbu... skarbu w postaci rodziny Pieśniarza, oczywiście.
Spać poszedłeś z pewnym podekscytowaniem i nutką niepewności. Teoretycznie, wyprawa nie zapowiadała się być wymagająca, ale coś w podświadomości mówiło ci, że będzie inaczej. Zastanawiałeś się wielokrotnie, co może pójść niezgodnie z planem i za każdym razem otrzymałeś jedną, tę samą odpowiedź.
Na przykład wszystko.
Mimo tego, zdecydowałeś się spróbować. Z nurtującym głowę pytaniem "dlaczego?", poszedłeś spać, by móc o świcie, gdy słońce nie praży jeszcze zbyt mocno, spotkać sie przy wejściu do nawiedzonego lochu, gdzie niegdyś przetrzymywano jeńców wojennych...
Gdy pierwsze promienie pustynnego słońca polewały złoty piasek swymi miodowymi promieniami, szedłeś już w stronę lochu. Obserwowany z daleka przez niemały tłum gapiów, sam czułeś się jak skazaniec. Ale miałeś wrażenie, że już jest za późno, by się wycofać...
Marcus
Spoiler:
Dotarłeś na miejsce jako pierwszy, z wyjątkiem Derisa. Zastałeś go siedzącego na kamieniu i grającego na flecie. Ciekawscy ludzie - i nie tylko ludzie - obserwowali cię z każdej strony. Podszedłeś i przywitałeś się z Pieśniarzem - on w odpowiedzi tylko kiwnął głową, nie przerywając gry. Instynktownie spróbowałeś pochwycić melodię. Mimo gorąca, lodowato zimny dreszcz przeszedł ci po plecach. Łamany rytm wytrącał ci myśli z głowy, przez chwilę zupełnie zapomniałeś, po co tu przyszedłeś. Tłum wokół zdawał się reagować podobnie - niektórzy gapili się z rozdziawionymi ustami i oczami utkwionymi w odległym, nieistniejącym miejscu...
Gdy tylko dźwięki fletu ucichły - to Deris zwrócił na ciebie uwagę - czar prysł jak bańka mydlana. Niech nie robi tego więcej, pomyślałeś, prosząc bogów, by Pieśniarz nie potrafił czytać w myślach.
Ten tylko wykonał coś, co było jego odpowiednikiem uśmiechu - delikatne uniesienie kącików ust. Wyciągnął do ciebie rękę. Spojrzałeś mu w oczy, chcąc potraktować go tak samo, jak on przed chwilą ciebie - to znaczy, tylko kiwnąć głową. Wystarczyło jednak krótkie zekrnięcie w niemal pozbawione źrenic jadowicie zielone tęczówki, by twa ręka poszybowała do jego i bezwiednie przyjęła uścisk.
Nie oszukujmy się, po tym spotkaniu twój szacunek do ludzi na pewno nie wzrośnie...
- Gotowy? - Pieśniarz miał nieco zachrypnięty głos, jakby gra na flecie uszkodziła jego gardło. Na odpowiedź było jednak za późno, gdyż w zasięgu słuchu pojawił się kolejny gość. Deris odwrócił się w jego stronę i przywitał, jak z tobą, uściskiem dłoni. Podobnie postąpił z pozostałą dwójką, która dotarła nieco później. Zaraz po tym zabrał się za omawianie szczegółów.
Lotar
Spoiler:
Gdy przyszedłeś na umówione miejsce, był tu już Deris, znajdował się mroczny elf Marcus, a także zgraja gapiów, widocznie robiąca sobie dzień wolny od pracy. To tak muszą czuć się bohaterowie...
- Gotowy? - Usłyszałeś chrapliwe pytanie Derisa zadane Maevowi. W tym momencie Pieśniarz zauważył twoją obecność i przywitał się z tobą uściskiem dłoni.
Część wspólna
Byłeś już na miejscu. Deris przywitał się z tobą poprzez podanie dłoni i parodię uśmiechu w postaci uniesienia kącików ust. Otworzył już usta, by kontynuować, lecz jego zamiary zostały udaremnione przez wyjący róg alarmowy.
- Hazim, Hazim! - krzyczał biegnący spod miejskiej bramy posłaniec, tracąc dech przy każdej sylabie. Pomimo wczesnej pory, słońce prażyło niemiłosiernie.
- Nie mamy obowiązku pomagać w obronie miasta... - zauważył Pieśniarz. - Jednak nie zapłaciłem wam jeszcze zaliczki, więc zdecydujcie się sami, w czym chcecie wziąć udział: zejdziecie ze mną, czy udacie się do bram? Tylko podejmijcie decyzję szybko, ani ja, ani miasto nie będziemy czekać zbyt długo...
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Mon, 18 Apr 2011, 22:04
by 1Magol
Jadę, Jadę i do bram miasta nie dojadę... - pomyślałem - Ile jeszcze na Nora? A co to? - spostrzegłem w oddali drewniane zarysy przypominające drzwi - Nareszczie miasto! Wio! - Popędziłem konia. Brama była o dziwo otwarta - Ale ufni są w tym mieście, ale cóż widać nie bez przyczyny. - Zszedłem z konia - Ehh, tobie też należy się odpoczynek - Idąc dalej widziałem masę rzeczy od kowali ludzkich i rzemieślników krasnoludzkich, po elfickie sklepy z łukami i jedzeniem. Ale cos mi nie pasowało w tym mieście... To maisto jest dziwne - pomyślałem - heh, prawie jak każde miasto ludzkie...Każdy patrzył się na mnie, rozumiem że nie widują tu mej rasy często ale to po prostu denerwujące. - Co się gapisz! - syknąłem do jednego z przechodniów wyostrzając wzrok na niego tak jakbym usiłował go nim zabić. Czy to on? - spojrzałem na siedzącego na kamieniu mężczyznę trzymającego w ręku flet i grającego pieśń. - Nie wygląda na takeigo co zajmuje sie misjami na zlecenie, ale to nie ma znaczenia ważne jest by zapłacił. Witaj! - powiedziałem do człowieka ukrywając niechęć do niego - zwą mnie Marc... - tu przerwałem widząc ze człowiek tylko kiwnął głową - Ale cham - zaszeptałem sobie w myślach - co on sobie myśli? Oby miał kasę bo jak nie to tą muzyką mnie nie przekupi... Ale... Ale ta muzyka...
Zakręciło mi się w głowie i zapomnaiłem o Bożym świecie. Była po prostu ta muzyka. Ta wspaniała muzyka...
Gdy nagle grajek skończył pieśń obudziłem się.
Niech nie robi tego więcej - pomyślałem - i oby nie czytał w myślach bo nici z zapłaty. - Po chwili uśmiechnął się do mnie jakby chciał a nie mógł. Niestety chyba ta muzyka mnie jakoś odurzyła gdyż równiez się uśmiechnąłem i podałem mu rękę.
Gotowy? - zapytał mnie jak głupiego, chiałem mu odpowiedzieć że zawsze ale nie mogłem otworzyć ust i wykrzesić z siebie nawet głupiego "mhm".
Nagle przyszedł kolejny członek ekspedycji - Ale ulga -pomyślałem - Gdyby nie on to zamarł bym tu z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu.
Po chwili człowiek zaczął omawiać szczegóły wyprawy w karczmnie "Pod wyschniętym gardłem" czy jakos tak.
Powiedział że mamy zejść do lochów aby uratować kogoś z jego rodziny i kilku bohaterów. Poszukamy potem skarbu.
***
Rano obudziłem się i poszliśmy z Derisem w stronę lochu gdy nagle usłyszałem:
Hazim, Hazim! - krzyczał strażnik miasta - Kurwa mać! W takim momencie?! - miałem do wyboru ultimatum: pomóc albo do lochu - Potrzebuję tej kasy! - pomyślałem - Ale... To miasto... - Na chędożone nogi osyfiałego trolla! Co zrobić?
Idę pomóc strażnikom. - powiedziałem do Derisa niepewnie - może znajdzie się coś cennego a poza tym oni sobie nie poradzą.
Czekając na odpowiedź szykowałem sie na najgorsze...
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Tue, 19 Apr 2011, 15:37
by Craig Un Shalach
Od Szarogórza przemierzyłem już tyle drogi, że nie potrafiłem tego w normalny sposób ogarnąć. Po kilkudziesięciu dniach mozolnej wędrówki po lądzie, przebywaniu na pokładzie statku kupieckiego, a potem przemierzaniu jeszcze pustynnych terytorium Xu miałem już dość. Chciałem odpocząć.
W końcu jednak dotarłem do dość dużego miasteczka. Sakiewka już nie była tak ciężka, jak wyruszałem z mojego dawnego, sprzedanego domu, więc postanowiłem poszukać sobie jakieś roboty. Co prawda, po drodze też pracowałem ale pieniądze od razu szły na prowiant, wodę i przybory lecznicze. Cały czas miałem tylko straty. W ogłoszeniach miasta zainteresowało mnie jedno ogłoszenie. Po przeczytanie go od razu już wiedziałem, że się go podejmę. Trzeba było uratować bohaterów, zniszczyć nieumarłych i zdobyć skarb. Szczęście się do mnie uśmiechnęło. Ruszyłem więc na miejsce spotkania.
Zleceniodawca nie bardzo mi się spodobał. Wyglądał jakby wyszedł prosto z trumny, był chudy, blady, a jego oczy przypominały mi wzrok lisza, lub mumii. Oprócz mnie było też trzech innych, chętnych na skarby. Mroczny elf, elf i człowiek... a dokładniej trzej wojownicy. Nie wiedziałem co sobą prezentują, ale pewnie musiałyby być to niezłe ziółka... Deris, zleceniodawca też nie wyglądał na świętoszka. Łuk tylko wskazywał, że musiał być łucznikiem. Jednak najważniejsze, co wyniosłem z tego spotkania to było obiecane zapewnienie o poszukiwaniach skarbu i mus uratowania jakiś uwięzionych bohaterów.
Po tym wszystkim poszedłem spać do swojego pokoju. Niewygodne łóżko uwierało, nieznośny zaduch tylko pogarszał sytuację... wolałbym już jakąś polankę w lesie... ale na tej wyspie co najwyżej uświadczę gorący piasek i jad skorpionów.
Tylko czy to całe zlecenie to nie jedna wielka pułapka. A może Deris to ktoś więcej niż tylko łucznik i pieśniarz? Widziałem flet u jego pasa... może coś ukrywa? Będę musiał to odkryć.
Zasnąłem będą ciekawy co przyniesie jutro. Co to będzie za skarb i co nas spotka w tym lochu.
Z rana się nie guzdrałem. Od razy spakowałem swoje rzeczy, klucz zostawiłem u karczmarza i poszedłem w stronę loszków. Jak zwykle gapie być musieli. Lgnęli do każdej hecy, jaką usłyszą. W końcu zobaczyłem Derisa i mrocznego elfa o imieniu Marcus.
- Gotów? - usłyszałem nie miły dla mnie głos zleceniodawcy skierowany ku Marcus' owi. Po chwili podszedł do mnie i się przywitał. Jakże dobrze, że miałem na sobie szatę, założony kaptur i chustę na twarzy. W połączeni z ciuchami pod tym wszystkim może i wyglądało to na te warunki idiotycznie, ale już taki byłem. Nie lubiłem ukazywać swojej twarzy podczas pracy i wędrówki. Dobry mag, to taki mag, który wykonuje robotę i jednocześnie nie zostaje rozpoznany za bardzo.
Po chwili usłyszałem róg alarmowy i biegnącego posłańca.
- Hazim, Hazim!
- Nie mamy obowiązku pomagać w obronie miasta... Jednak nie zapłaciłem wam jeszcze zaliczki, więc zdecydujcie się sami, w czym chcecie wziąć udział: zejdziecie ze mną, czy udacie się do bram? Tylko podejmijcie decyzję szybko, ani ja, ani miasto nie będziemy czekać zbyt długo... - znowu usłyszałem głos pieśniarza.
I znowu musiałem wybierać. Z jednej strony atak na miasto mógł mieć opłakane skutki... z drugiej nie chciałem rezygnować ze zlecenia. Ale po chwili usłyszałem głos mrocznego elfa...
- Idę pomóc strażnikom. Może znajdzie się coś cennego a poza tym oni sobie nie poradzą.
To zdanie od razu utwierdziło mnie bardziej w przekonaniu, że pomoc mieszkańcom jest na razie bardziej opłacalna.
- Wybacz, ale też zostaję - odparłem swoim czystym, dźwięcznym, ale przytłumionym głosem - Tym mieszkańców potrzebna jest pomoc kogoś mojej profesji.
Deris teraz pewnie będzie się wahał... w trójkę pójście do lochu jest dla mnie co najmniej bezsensowne. No chyba, że oni sądzą inaczej... ja jednak wolę pomóc tym mieszkańców. Lochy mogą poczekać. Atak na miasto... nie.
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Tue, 19 Apr 2011, 17:21
by Landaen
Piach. Żar. Palące słońce. Niech szlag trafi pustynię.
Takie myśli towarzyszyły mi przez całą drogę do miasteczka, w którym miałem spotkać się ze zleceniodawcą, niejakim Derisem. Były też inne, ale nie wyglądały by za ładnie jako słowo pisane. Kiedy dotarłem na miejsce, nie mogłem nawet odświeżyć się po podróży. Nie mogłem nawet uzupełnić ilości złota w sakiewce. Od razu wylądowałem w pokoju w gospodzie, gdzie spędziłem kilka kolejnych godzin, słuchając szczegółów zadania. Chociaż nie. Właściwie nie były to szczegóły.
Deris nie wyjaśnił na przykład, co może siedzieć w opuszczonym więzieniu. Nie wyłożył jasno stopnia ryzyka i prawdopodobieństwa odniesienia poważnego uszczerbku na zdrowiu. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nagroda przezeń zaoferowana jest adekwatna do trudności zlecenia. Doszedłem jednak do wniosku, że w razie potrzeby kłócić będę się później. Miałem więc czas na poobserwowanie mojej nowej kompanii.Potoczył spojrzeniem po zgromadzonych w izbie elfie, drowie i dwóch ludziach, z czego jeden był człowiekiem chyba.
-Ciekawa kompania-pomyślałem. Mój wzrok zatrzymywał się dłużej na noszonych przez nich ozdobach. -Bardzo ciekawa...
Deris zaczął mówić o poszukiwaniu skarbu. Nie bardzo mi się to spodobało.
-I tak z mistrza złodziei stałem się poszukiwaczem skarbów-pomyślałem. -Niektórzy uznali by to pewnie za ,,awans społeczny", ,,powrót na właściwą drogę życia" i temu podobne idiotyzmy. Ja sam byłbym pewnie bluzgał na siebie o to przez większą część doby, gdyby nie perspektywa odnalezienia starych znajomych. I sporego, brzęczącego profitu.
Następnego ranka udałem się w stronę więzienia. Jego widok jakoś nie przyprawiał mnie o dreszcze ani nie mącił serca niepokojem. Ot, zwykła rudera na środku pustyni. Miałem już tam wchodzić, gdy od strony miasta przybieżył zdyszany człowiek.
-Hazim, Hazim!-darł się ile sił w płucach.
Jak rozsądnie przypomniał Deris, nie mieliśmy w obowiązku bronić miasta. Ciekawe, co mnie to mogło obchodzić.Po pierwsze, nie jestem stąd, Po drugie, zostałem wynajęty do ściśle określonego zadania. Po trzecie, nie potrzebuję dowartościowywać się czynami wielkiego bohaterstwa. Koniec końców, nie jestem błędnym rycerzem. Po czwarte, nikt nie płacił mi za dostarczanie materiałów na ballady. Same minusy.
-Ja zostaję-powiedziałem. -Chyba, że miałbym zostać sam.
-Najwyżej nagroda podzielona zostanie pomiędzy dwie osoby-pomyślałem. Z drugiej strony zacząłem się zastanawiać, jaki profit mógłbym wyciągnąć z obrony miasta.
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Tue, 19 Apr 2011, 20:29
by MagnusArias
W Eloni było tak pięknie, przyjemnie, lecz musiałem - musiałem wyruszyć. Podróż przez te wstrętne, piekielnie gorące przestrzenie Xu mnie całkowicie wykończyła. Na Zaracha! Nareszcie! Jakaś wioska! – krzyknąłem. Przyśpieszyłem kroku, cel mej podróży był coraz bliższy. Nareszcie. Przybyłem…
Coś mnie niepokoiło, gdyż każdy się na mnie spoglądał, jak na jakiegoś odstępcę, wroga, kogokolwiek, kogo nie chcieli by pewnie teraz widzieć. Pewnie tym czymś niepokojącym było to, że dawno nie widziałem człowieka, wyglądałem jak ostatni śmieć po tej długiej wędrówce, a ostatnim miastem jakie widziałem, było Eloni.
Udałem się do najbliższej karczmy, a nazywała się ona… ‘Pod Suchym Gardłem”? Nie, raczej nie… „Pod Wyschniętym Gardłem”. Tak, ta nazwa by się zgadzała. Jednak przed wejściem zauważyłem pewnego mężczyznę, który grał na flecie piękną melodię. A to kto? Zapytam go. Podałem mu rękę w geście powitania. Skierowałem się do karczmy. Kątem oka zauważyłem tablicę z ogłoszeniami. Podszedłem i moja uwagę przykuło ogłoszenie o uratowaniu bohaterów, skarbie i zgładzeniu nieumartych w lochach. Poczułem w sobie nieznany mi dotąd przypływ sił, jakbym czuł, że jestem w stanie wykonać to zadanie. O wyznaczonej godzinie pędem pobiegłem na miejsce spotkania. Nie tylko ja byłem tym zainteresowany. Było jeszcze trzech wojowników – mroczny elf i dwóch mężczyzn rasy ludzkiej.
Zleceniodawca – niczego sobie człowiek. Ten wzrok, jakbym widział węża… Miał przy sobie również łuk i flet. Zaraz… To nie jest ten grajek co siedział przed karczmą? – przypomniał mi się obraz tego człowieka. Tak, to on! Co z tego że chudy, blady, ale „nie oceniajmy książki po okładce”. Może był lub jest jakimś sprytnym łotrzykiem? – pomyślałem. Nie ważne. Ważniejszą sprawą była obiecana nagroda po uwolnieniu bohaterów i zniszczeniu nieumartych.
Po spotkaniu udałem się do swojego pokoju. No cóż, pokój jak każdy pokój w karczmie. Niestety, trafił mi się pokój z oknem na południe, więc było strasznie gorąco i duszno tutaj. Otwieranie okna nic by nie pomogło, lecz pogorszyłoby tylko sytuację. Nie pozostało mi nic innego, jak dusić się w tym smrodzie i iść spać.
Obudziłem się jak zwykle wcześnie, pozostali jeszcze spali. Kilka godzin później wyruszyliśmy z Derisem do lochów, gdy nagle usłyszeliśmy krzyk:
- Hazim, Hazim! – darł sie do nas jakiś posłaniec spod bramy.
- Nie mamy obowiązku pomagać w obronie miasta... - zauważył Pieśniarz. - Jednak nie zapłaciłem wam jeszcze zaliczki, więc zdecydujcie się sami, w czym chcecie wziąć udział: zejdziecie ze mną, czy udacie się do bram? Tylko podejmijcie decyzję szybko, ani ja, ani miasto nie będziemy czekać zbyt długo...
Minął ułamek sekundy, nim podjąłem decyzję. Zostaję. Na razie nie mam chęci na jakąś otwarta walkę na polu, więc idziemy do lochów, chociaż z drugiej strony zastanawiałem się, jaka może być nagroda za pomoc strażnikom.
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Fri, 22 Apr 2011, 18:25
by Ari
Część wspólna Idźcie - mruknął Deris. - Droga wolna. - Zaczekał stosownych kilka chwil, upewniając się, że dwójka pozostałych najemników nie chce go opuścić. Gdy Lotar i Marcus opuścili drużynę, zwrócił się do dwóch pozostałych osób - trzecia część łupu jest większa niż piąta część...
Tłum gapiów zaczął się w pośpiechu i niemałym popłochu rozchodzić - mężczyźni sięgali po broń, dzieci krzyczały coś o bohaterstwie i walce, a kobiety usiłowały zapędzić swe pociechy do domów i zabezpieczyć tam swe majątki.
Trójka niedoszlych bohaterów pozostała sama.
Lotar, Marcus
Pobiegliście spokojnym truchtem wraz z niewielkim, napotkanym po drodze, oddzialikiem Kathaiskich siepaczy - sądząc po nieregularnym uzbrojeniu i zbrojach, byli to najemnicy. Główna brama była już zniszczona, podobnie jak drewniany taran, ograniczający napastnikom wejście do miasta, a broniącym Kathai łucznikom utrudniający dosięgniecie celu - łucznicy nie mieli możliwości wejścia na mury, gdyż - jak powszechnie wiadomo - Kathai nie posiada miejskich murów, zamiast tego zostały tu postawione imponujące piaskowe wały, zakończone od zachodu dość dwiema mizernymi drewnianymi bramami - północną i południową, a także - zupełnie nie na miejscu - wijącym sie niczym pustynny wąż w południowym słońcu - przejściu do Krypt Zegarowych na wschodzie.
W każdym razie, łucznicy nie mieli możliwości wejścia na mury, których nie było, więc musieli celować ponad taranem.
Już na pierwszy rzut oka dostrzec można było druzgocącą przewagę liczebną obrońców - nie był to poważny atak, którego należałoby się obawiać, raczej nieudolna, rozpaczliwa próba zdobycia pożywienia przez wygłodniałych Hazimów. Było w nich jednak coś, czego nikt nie potrafił wyjaśnić. Przedziwny zapał, jakby walczyli nie o zdobycie miasta czy pożywienia. O nie, Hazimowie - jak nigdy - zdawali się być przesiąknięci zaskakującą furią, jakby wpadli w trolli szał bojowy, zachowywali się jednak znacznie bardziej racjonalnie, a ich uzbrojenie było znacznie lepszej jakości niż zazwyczaj. Okrzyki bojowe były wprawdzie miotane często niczym strzały wypuszczane z łuków, jednak w tych Hazimskich znacznie więcej było entuzjazmu. Jakby nie patrzeć, to oni byli stroną przegrywającą, więc musieli się wspierać i podnosić wzajemnie morale, ale mimo wszystko...
Zrozumienie, o co tutaj chodzi, zajęło wam zbyt dużo cennego czasu.
Wszyscy Hazimowie mieli na sobie jakiś znak powiązany z kultem Aonira - już to jest rzadko spotykane, ci pustynni barbarzyńcy zwykle są wyznawcami okolicznych kultów. Ponadto, najczęściej wykrzykiwanymi sekwencjami były "Kadosz! Kadosz me'une!", oznaczającymi w jednym z ludzkich dialektów męczennika. Furia w oczach napastników była z pewnością oznaką fanatyzmu religijnego. Zagadka rozwiązała się w momencie, w którym spostrzegliście człowieka, prawdopodobnie przywódcę napastników. Ów człowiek zdawał się promieniować aurą boskości - chyba nawet słońce celowo sięgało złotymi promienami jego kolczej zbroi, by móc efektownie poodbijać się od wypukłości pancerza, gloryfikując scenę przebijania przez jego dwuręczny miecz dwóch obrońców Kathai naraz. Złote halo włosów dumnie wznosiło się i opadało zgodnie z rytmem jego ruchów, a miecz pozostawiał srebrne ślady w przecinanym, upalnym powietrzu. Lotar rozpoznał także roztaczaną przez niego białą aurę, polepszającą zdolności towarzyszy, lecz nie mógł rozróżnić, którą dokładnie wyczuwa. Był jednak niemal całkowicie pewien, że ma do czynienia z paladynem. Swą uwagą podzielił się z Marcusem, a mroczny elf przypomniał sobie zasłyszane niegdyś powiedzenie paladynów zakonu Aonira. W imię wielkiego dobra można popełnić wielkie zło.
O jak wielkie dobro walczył, skoro zaatakował bogom splendor winne miasto..?
Lochu od miasta nie odgradzały żadne wrota, drzwi, ani nawet spróchniała deska. Długi, wykuty z kamienia korytarz oświetloby wieloma pochodniami. Niegdyś było to więzienie, teraz jednak to opuszczone miejsce straszyło plotkami o rzekomo wybrzmiewających stąd diabelskich odgłosach, ostatnio nasilających się, i dziwnych pomrukach czy szeptach... oczywiście, wszystko to mogło służyć celom propagandowym...
Mogło.
- Stresik? - Spytał Deris z nutką żartobliwej ironii, tak dziwną dla niego. Machnięciem dłoni nakazał towarzyszom sięgnięcie po pochodnie. Sam jedną z nich zdjął i oświetlał sobie drogę, nieprzerwanie prowadzącą prosto i nieco w dół. Promienie słoneczne nie dostawały się już do wnętrza, a kamienny korytarz stopniowo stawał się mieszaniną mokrego piachu i piaskowca. W końcu, jak można było się spodziewać, trójka szaleńców - nie, już nie bohaterów, lecz szaleńców - dotarła do rozwidlenia.
Możliwe ścieżki prowadziły prosto, na ukos w prawo i niemal prostopadle w lewo.
Najbardziej kusząca ścieżka prowadziła jednak z powrotem na powierzchnię. Gdzieś w oddali, nie wiadomo skąd, gdyż echo odbijało głosy w tę i z powrotem, dały się słyszeć szepty i dziwne, chrapliwe pomruki. Na Derisie nie zrobiło to chyba zbyt wielkiego wrażenia, mimo wszystko aura tajemniczości i... martwoty... tak, pewnej zdechłości tego miejsca była wybitnie nieprzyjemna i praktycznie nieznośna. Odnosiliście wrażenie, że dokądkolwiek nie pójdziecie, czeka was śmierć. Lub coś gorszego.
No, chyba, że cofniecie się na powierzchnię...
To ostatnia szansa, by się wycofać.
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Fri, 22 Apr 2011, 19:10
by Craig Un Shalach
Na Aonira, toż to bezsensowna rzeź!
To było nawet mało powiedziane. Sam widok tak mało licznej grupki atakujących był jeszcze dziwniejszy. A już największą dziwotą były ich symbole Aonira na ubraniach i w uzbrojeniu. Przecież ten lud nie wyznaje tego Boga...
Ale jak tylko zobaczyłem rycerza w kolczej zbroi, z ogromnym mieczem tnącym tutejszych strażników jak chleb to już wiedziałem co musiałem czynić. Zatrzymać masakrę. Dlatego nie zostałem kapłanem, i nie przepadałem za paladynami. Ten ich fanatyzm...
Dobrze, że ze mną jest ten elf. Pomoże mi w walce. Ale z drugiej strony nie wiem na co go stać i czy czasem nie ucieknie do tamtego... dobrego materiału na truposza. Musimy działać szybko i skutecznie. I zmusić paladyna do uległości i złożenia broni.
- Musimy ich osłabić i zmusić do kapitulacji... - odparłem na tyle głośno by mnie tylko usłyszał elf - Nie ma sensu z nimi walczyć, mają aktywną jakąś aurę wspomagająca, której nie znam. Walcz tylko jeśli musisz, nie zabijaj ich przywódcy.
Mój plan był prosty. Muszę wystawić się na widok paladyna. Jeśli zobaczy symbole na mojej szacie to może się opamięta. Może... ale wtedy, co?
Muszę dowiedzieć się czemu on zaatakował miasto. Jakie pobudki go skłaniają do atakowania tego miasta. Inna wiara? Może jednak brak zapasów? A może... święta misja?
Jednak to po chwili zeszło na późniejszy plan. Zacząłem inkantować zaklęcie cierniowej tarczy. Osłoni mnie przed atakami hazimów i przede wszystkim wyróżni z tłumu. Po tym zaklęciu próbowałem jeszcze wykrzesać z siebie kolejne zaklęcie, tym razem aurę szybkich ciosów. To pomoże strażnikom w parowaniu ataku i przechyli szalę na stronę obrońców miasta.
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Fri, 22 Apr 2011, 20:57
by 1Magol
Pobiegliśmy w stronę miasta we dwóch, ja i ten cały Lotar.Obok nas biegli najemnicy ludu Kathai.Gdy dobiegliśmy na miejsce brama była zniszczona a łucznicy nieudolnie starali się trafić we wroga. Na pierwszy rzut oka zwcycięstwo było pewne ale emanująca od nich aura była nieprzeciętna, taka nieznana i inna. Byli jak pod wpływem nieskończonego szału który sprawaił że zyskują siłę i chęć do walki.
Podczas walki krzyczeli coś we własnym języku ale dla mnie był to jakiś bełkot. Spostrzegliśmy jednak z Lotarem znaki Aonira na ich tarczach. Nagle Lotar powiedział że ten człowiek który jest źródłem te aury to palladyn.
Wtedy przypomniałem sobie słowa zasłyszane kiedyś od mego drucha - "W imię wielkiego dobra można popełnić wielkie zło." - Ale nie rozumiałem dlaczego Bóg sprzyja niszczycielom. Gdy znaleźliśmy się w środku bitwy Lotar powiedział do mnie:
- "Musimy ich osłabić i zmusić do kapitulacji... Nie ma sensu z nimi walczyć, mają aktywną jakąś aurę wspomagająca, której nie znam. Walcz tylko jeśli musisz, nie zabijaj ich przywódcy." - Nie zabijać przywódcy? Dobra postaram się ale nie obiecuję niczego. - Wyciągnąłem miecz zza pleców i ruszyłem w stronę Hazima który kierował się do Lotara - Tylko nie zgiń! - krzyknąłem do Bishopa rzucającego jakieś zaklęcie.
Ruszyłem do Hazima w drodze inkantując słowa - Norze osłab mych wrogów i dam mi przewagę wojenną* Na pochybel! Zaatakowałem wroga starając się uderzyć od góry w prawy bark.
*Marcus stara się tu użyć zaklęcia Aura osłabienia
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Sat, 23 Apr 2011, 17:33
by Landaen
Deris potwierdził jego nadzieje-zamierzał dzielić całą przewidzianą nagrodę, co bardzo mi pasowało. Tak więc weszliśmy wreszcie do więzienia. Szliśmy we trójkę dosyć długo-na tyle, abym zdążył kilka razy zastanowić się nad nietypowością tego lochu. Był on zdecydowanie zbyt duży, ciemny i zimny. Czułem się tam nieswojo-tym bardziej, że przez całe życie unikałem więzień.
Do tej chwili nie wierzyłem w plotki o ciemnych mocach nawiedzających to miejsce. Idąc jednak korytarzem stopniowo zmieniałem zdanie. Bo niby jaki ktoś miałby cel w oświetleniu korytarza pochodniami? Cóż to za więzienie bez żadnych cel?
Wreszcie dotarliśmy do rozwidlenia. Już od jakiegoś czasu wydawało mi się, że słyszę jakieś szepty w oddali. Przez głowę przeleciała mi myśl, że kryje się w nich moja zguba. Natychmiast wyrzuciłem ją z głowy. Patrzyłem na trzy korytarze, niezdecydowany, którędy pójść. Czułem...coś. Aura śmierci zaległa to miejsce. Nie wiedziałem tylko, czy było to uczucie prawdziwe, czy siła sugestii opowieści miejscowych. Tylko że ja nigdy w te opowieści nie wierzyłem. Uniosłem wyżej pochodnię, badając sklepienie nad wejściami do korytarzy. Nie zamierzałem się wycofywać-zostałem wynajęty, a dotychczas nic nie zagroziło mojemu życiu. Może po prostu zaufałem mojemu szczęściu? Może moja natura kazała mi się ciągle sprawdzać, szukać granic moich możliwości?
-Duchy?-pomyślałem. -Nigdy w nie nie wierzyłem. Jeżeli teraz mam tam jakieś spotkać, to uznam to za ciekawe wydarzenie. Bądź co bądź, są one niematerialne. Nie mogą mnie tknąć.
-Którędy teraz?-zwróciłem się do Derisa. -Chyba masz jakieś wiadomości o tym więzieniu, prawda?
Miałem szczerą nadzieję, że ma.
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Sun, 24 Apr 2011, 16:07
by MagnusArias
- Stresik? – zapytał Deris z nutką ironii.
- Lekki, ale wytrzymam.
Wziąłem pochodnię, Landaen też, więc idziemy. Czego tu się bać? Trolle są straszniejsze. Zastanawiała mnie tylko jedna rzecz – Dlaczego lochy nie były niczym nie oddzielone od miasta? Żadnych drzwi, zasłony, strażnika, czegokolwiek? Mniejsza o to. Zgodziłem się zejść do lochów, to schodzę. Jednak po zejściu, zaczynałem się powoli bać, szliśmy dalej, a promienie słońca nie dochodziły już do nas… Nie nawidziłem lochów, zawsze kochałem wolność. Te cholernie kręte i wąskie korytarze mnie zaczynały denerwować. Dotarliśmy do rozwidlenia
- Co teraz? – zapytałem zaniepokojony.
W tym samym momencie usłyszałem dziwny szept, brzmiał mrocznie. W powietrzu było czuć, że zaraz może się tu stoczyć jakaś walka. Mój wzrok skierowałem na korytarz po prawej, bo najbardziej mnie zainteresował. Nie wiem dlaczego, może z niego słyszałem najmniej szeptów? Wraz z Landaenem czekamy na odpowiedź Derisa. Miejmy nadzieję, że zna te lochy lub prowadzi nas w pewne, niezbyt bezpieczne miejsce. Oby ta przygoda się dobrze skończyła dla nas.
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Mon, 25 Apr 2011, 15:21
by Ari
Lotar
Paladyn błyskawicznie zorientował się, kto tu jest zagrożeniem - biały mag miotający aury i magiczne tarcze mógł stanowić zagrożenie dużo większe niż garstka łuczników niewspomagana żadnym zaklęciem. Mówiąc krótko, biały mag oznaczał większe kłopoty. Fanatyk postanowił zająć się tobą osobiście - zaraz po tym, jak ciężkim butem odsunął od siebie kathaiskiego obrońcę, jeszcze młodzieńca.
Stałeś i patrzyłeś się, jak paladyn zbliża się do ciebie niczym nieposkromiona boska furia. Bezceremonialnie uniesiony dwuręczny miecz szybował w twoją stronę. I o to chodziło. Nie było czasu na unik - trzeba było podtrzymywać zaklęcia. Wóz lub przewóz, cierniowa tarcza zadziała lub nie.
Lecz nagle paladyn zaczął hamować. Łuskowa zbroja odbijała promienie słoneczne tak, że praktycznie oślepłeś. Skupiony na podtrzymywaniu aury i cierniowej tarczy, czekałeś na najgorsze. Lśniący miecz uniósł się i, wymierzony w twoją głowę, opadał ostrzem w dół. Byliście sami, bitwa zdawała się dziać setki mil stąd, wy byliscie sami w tym ciasnym wąwoziku. Zamknąłeś oczy, gotów do odskoku.
Nie zdążyłeś.
Jednak z nieznanych tobie przyczyn, miecz nie odciął ci głowy, ostrze nie dotknęło twego ciała. Zostałeś uderzony rękojeścią w pierś, kolory pustyni zmieniły się na ułamek sekundy w odcienie szarości i czerni, a rozpaczliwy wdech nie przyniósł upragnionego powietrza. Otworzyłeś oczy - leżałeś na ziemi, a nad tobą górował paladyn. Z tej perspektywy on i jego miecz zadawali się być olbrzymi, ty sam z kolei odnosiłeś wrażenie maleńkości, jakbyś nic nie znaczył. Miecz wzniósł się, wymierzony centralnie w twoją pierś, lecz po chwili z głośnym brzdąkiem uderzył w utwardzany piasek.
Paladyn wpatrywał się w ciebie ze zdumieniem, jakby ujrzał w tobie nie wroga, lecz dawno niewidzianego przyjaciela.
- Ty? - Zapytał cicho, wybałuszając na ciebie piękne, ogromne, szafirowe oczy.
Landaen, Thalon
Deris wskazał prawą odnogę.
- Idziemy dalej, to teraz. Uważajcie na truposzy.
W dalszym ciągu nigdzie nie widać było żadnej celi. Korytarze przypominały labirynt, do którego wrzucano więźniów, dając im możliwość uwolnienia się - pod warunkiem, że przeżyli.
Kluczyliście jeszcze kilkanaście minut, skręcaliście tu, ówdzie i jeszcze gdzie indziej, w tak samo wyglądające korytarze i wkraczaliście w upiornie podobne zakręty, aż w końcu Pieśniarz doprowadził was do nieco większej, mniej klaustrofobicznej przestrzeni. Nagłe światło początkowo niemal was oślepiło, ale już po paru sekundach przyzwyczailiście się do blasku. Jak sie okazało, źródłem światła był menhir. Sądząc po delikatnym, fioletowym blasku, żadna runa się z nim jeszcze nie połączyła.
- To na wypadek, gdybyście umarli - oznajmił Deris. - Nie będę miał ochoty biegać na powierzchnię i was ciągle wskrzeszać...
Nagle, jak jeden mąż, spostrzegliście oparty o menhir długi, miedziany pręt, jakby kostur. Posyłane przez menhir kolory, złoty i fioletowy, odbijały się w nim i efektownie rozbijały na ścianach. Chwilami widzieliście, jak małe iskierki wyfruwają z niego, otaczają go i znikają... a może się wam wydawało?
Marcus, Lotar
Marcus, skupiony na podtrzymywaniu zaklęcia, miał problemy z jednoczesną obroną i trafieniem przeciwnika. Mimo wyraźnego osłabienia ciosów okolicznych wrogów, nie był w stanie przedrzeć sie przez gardę fanatyków. Spychany wciąż w tył i tył, niemal dosięgnął już linii łuczników. Ci odrzucili bezużyteczne drewno i dobyli poukrywanych sztyletów i krótkich mieczy.
Paladyn jednym ruchem ręki chwycił szatę Lotara i postawił go na nogi. Następnie, nie zwalniając uścisku, puścił się biegiem, jednocześnie zarzucająć dwuręczny miecz na plecy. Biegł zaskakująco szybko, jak na kogoś tak chudego i obarczonego ciężarem Lotara, który odrzucony siłą pędu pobieł za nim.
- On jest z tobą?! - Krzyknął do Lotara, kierując się ku otoczonemu mrocznemu elfowi. Białego maga stać było tylko na kiwnięcie głową. Jeszcze nie doszedł do siebie po uderzeniu.
- Ftwymp!
Lecz prawdopodobnie żadna kombinacja głosek nie oddałaby dziwnego dźwięku, jaki wydał z siebie pojmany przez paladyna Maev. Paladyn zaciągnął ich daleko poza pole bitwy, zakończył działanie otaczającej go aury i zatrzymał się z dwójką porwanych niedaleko lochu.
- Na czuwające nad nami wszystkimi, nieustające światło Aonira... - wyszeptał do siebie, po czym zwrócił się do Lotara. - Wiesz, kim jestem?
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Mon, 25 Apr 2011, 17:32
by MagnusArias
Deris wskazał ścieżkę po prawo, tak jak myślałem. No to idziemy dalej. Te lochy to istny labirynt. Co chwile jakiś zakręt, a to w lewo, a to w prawo, a to schody. Widać już wielu śmiałków chciało uratować tych bohaterów, bo na ziemi leżało pełno suchych i gnijących trupów. Dosłownie w tych ciemnościach jak cielę chodzę, bo potknąłem się o czaszkę jakiegoś trupa. Wydawało się coraz gorzej, ale na końcu oślepił nas blady blask światła. Okazało się, że to był menhir. Po wyglądzie można było poznać, że żadna runa nie była z nim związana.
- To na wypadek, gdybyście umarli – zabrzmiało to całkiem groźnie.
W ułamku chwili spostrzegłem jakiś dziwny miedziany pręt oparty o menhir, cos na kształt kostura. Może mnie wzrok mylił, ale promienie wychodzące od menhira odbijały się na tym kosturze, raz na złoto, raz na fioletowo. Czasem można było też ujrzeć wylatujące z niego iskry.
Albo to tylko nasza wyobraźnia? Zacząłem się zastanawiać, do czego on może służyć, lecz nie dotykałem go, gdyż miałem dziwne przeczucie, że to jakaś pułapka… lub ciekawa zagadka. Rozejrzałem się, ale blask menhira nie wystarczył, żeby dokładnie się przyjrzeć ścianom. Nie ruszam go, zobaczę co moi towarzysze zrobią.
- O Bogini Elen, czemu ja się na to zgodziłem?! – wykrzyczałem w myślach, gdyż coraz bardziej mi się nie podobała ta „przygoda”…
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Mon, 25 Apr 2011, 17:58
by Craig Un Shalach
Nie spodziewałem się, że mój na szybko wymyślony plan wypali. Teraz stałem niedaleko loszku z Marcusem i tajemniczym wojownikiem, który o dziwo nie zabił mnie. Wręcz przeciwnie, teraz nawet był zdumiony. I patrzył się na mnie z szeroko otwartymi oczyma. Co on we mnie takiego zobaczył, że zaniechał odebrania mi mojego życia?
Mogłem jedynie stwierdzić, że silnym był wojownikiem. Bez problemu mnie powalił, gdyby chciał mógłby bez problemu odebrać mi życie. Był też na tyle bystry by dostrzec we mnie zagrożenie. No i używał aur. To musiał być paladyn. Bez wątpienia.
Zdjąłem chustę z twarzy. Kaptur jednak zostawiłem. Po tym skrzyżowałem ręce i spojrzałem się wojownikowi prosto w jego szafirowe oczy. Moja twarz chwilowo nie wyrażała żadnych uczuć. Sytuacja była na tyle dziwna, że nie wiedziałem, co mam czuć.
- Paladynem - odparłem poważnym tonem - Jednak dziwi mnie jedno... czemu zaatakowałeś to miasto? Czemu stoisz na czele oddziału hazimów? Wreszcie... czemu mnie nie zabiłeś kiedy miałeś ku temu sposobność?
(krótko, bo cała sytuacja mną dogłębnie wstrząsnęła. Pogratulować)
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Mon, 25 Apr 2011, 18:16
by Landaen
Deris poprowadził nas w prawo. Ciekawe, po co nas wynajmował, skoro tak dobrze radził sobie w tym więzieniu. Chwilę później dowiedziałem się po co.
-Uważajcie na truposzy-rzekł przewodnik.
Truposzy? Niech to szlag... Nie miałem ani butelczyny wody święconej czy podobnego badziewia. Zwyczajnie nigdy nie było mi to potrzebne.
-Mogłeś wcześniej wspomnieć o trupach-powiedziałem do Derisa. -Chcesz nas zabić?
Właśnie, ciekawe, dlaczego wcześniej nas o nich nie uprzedził. Nie podobało mi się to. Tymczasem wyszliśmy z korytarza. Był tam menhir, rozświetlający całą tą przestrzeń. Miał jednak pewien dodatek-miedziany pręt, który wysyłał co jakiś czas w powietrze kolorowe iskry. Przynajmniej tak mi się zdawało. Moja nieufność do zleceniodawcy wzrosła dwukrotnie.
-To miało być więzienie-powiedziałem do Derisa.-Więzienie! Nie kompleks podziemnych korytarzy. Żadnych cel, śladów więźniów, tylko niekończące się, ciemne korytarze, po których łażą zombiaki! Skoro to więzienie, to co tu robi ten menhir! Wytłumacz to.
Zastanawiałem się, czemu ma służyć ten pręt. Powolnym ruchem sięgnąłem do piersi, dotykając rękojeści noża. Czekałem na reakcje Derisa.
Re: Wolumin II - (P)oszukiwania
Posted: Thu, 28 Apr 2011, 20:19
by 1Magol
Nie spodziewałem się że tak cięzko będzie z nimi walczyć - pomyślałem starając się podtrzymywać aurę - Czy oni nie mają zakresu sił albo chocarz jakiegoś wyłącznika do tej aury? - szeptałem w myślach usiłując walczyć z Hazimami.
Lecz nagle nie wiadomo z kąd zostałem podniesiony w górę przez jakiegość wielkiego człowieka i zabrany daleko za pole bitwy...
Co tu się do cholery dzieje?! - powiedziałem do Palladyna - O co Ci chodzi?! I dlaczego atakujesz tą wioskę? - zacisnąłem dłoń na
rękojeści powoli chowanego do pochwy miecza.
To samo pytanie zadał Lotar tylko spokojniejszym tonem. Najbardziej denerwowała mnie myśl że Palladyn wydawał sie znać mojego kompana.
Po chwili jednak zmieniłem ton głosu i powiedziałem trochę spokojniej - Czemu ty, sługa światła i obrońca pokoju atakujesz niewinnych ludzi z pomocą Hazimów?