Rozdział I

Zanim przekroczysz wrota, upewnij się, że masz głowę. A najlepiej to dwie...
Eon
Postrach moderatorów
Posts: 633
Postać w RPG: MG
Location: nadejdzie śmierć?
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Eon »

Dziad uśmiechnął się złowieszczo, nawet nie odwracając się w stronę Eve. Nadal kurczowo trzymał się swojej lekceważącej natury, chociaż poprzesz szczery uśmiech sugerował, iż amazonka zaimponowała mu swoim zachowaniem. Choć przez dłuższą chwilę trwał w milczeniu, podróżując (niestety) u boku Eve, wreszcie postanowił się odezwać:

- Zawsze o krok do przodu przed innymi, prawda? Krnąbrna i zapalczywa, tak Sylwerand opisał cię w aktach. Chyba niezbyt się pomylił - Dziadyga mruknął pod nosem, jak zwykle bezczelnie zmieniając temat. Po prostu miał to w genach. Gruntem było nie poddawać się i nie dawać mu spokoju, wtedy by go uzyskać będzie musiał odpowiedzieć na wszelkie pytania. Albo po prostu zabije problem, to też całkiem prawdopodobne. Byle nie dosłownie...

Zaraz jednak panienka Irenvire uświadomiła sobie, że to nie postawa Rhazaala była tym, czego powinna się obawiać. Raczej to, co ma miejsce wokół niej samej. Oto ze smoczej polanki, poprzez przejażdżkę konno w Cieniu Drzew, trafiła do pustki. Wokoło było absolutnie ciemno, a jednak dziewoja widziała doskonale swoje ciało oraz postać Dziadka.

- Redukcja kwantowa pierwiastków magicznych trzeciego stopnia, synergia czynników psionicznych, fuzja właściwa procesów przekaźnikowych... gdybyś miała tyle lat co ja i posłużyła się indukcją enumeracyjną doszłabyś do zabawnego wniosku. Witaj w swoim własnym umyśle, markietanko...

Eve wiedziała, że staruszek nie poruszył ustami, a mimo tego słyszała jego głos w... właściwie, to jak mogła słyszeć go w głowie, będąc jednocześnie w owej zamknięta?! Trudno to wszystko wyjaśnić, tym nie mniej nieokrzesany przewodnik zdawał się całkowicie olewać skomplikowane zjawisko, jakie mało miejsce wokół.

- Spierdoliliście sprawę z tymi gadami, nawiasem. Zaklęcia się pożarły i trzeba było uciekać. Ledwo co doczłapaliście się o własnych siłach do przejścia, zaś zagrożenie udało mi się wyeliminować nie ponosząc żadnych strat tylko przy pomocy cudu - Rhazaal wyjaśnił "zawiłą" sprawę, dumnie wypinając pierś do przodu, choć wciąż nie otwierał ust. Co prawda kłamał, ale nie dało się tego po nim poznać. Ze smokowcami poradził sobie szybko, tragicznie wykonany łuk wciąż miał przy sobie, coś musiało być jednak na rzeczy...

- Tak jak Elen dogląda Pierwotnych Żywiołów w zastępstwie za swojego ojca, tak Hirin trzyma pieczę nad życiem i śmiercią, a pośrednio również czasem. Pierwsze spotkanie z jego wysłannikami skończyło się katastrofą. Straciliście przytomność, a ja skradziony majątek tłustego kupca, byście mogli wylegiwać się w karczemnych łóżkach ponad tydzień. Nie wiem, jak długo będziemy czekać, zanim Hirin ponownie naznaczy sługi, by ruszyły za nami w pogoń. Dlatego masz skupić się na zadaniu. Jedziemy w odwiedziny do przyszłego Maga Kręgu, wróżbity, orka-odmieńca, najznamienitszego zaklinacza ziemi. Ktoś może nie wyjść z tego spotkania cały - ostrzeżenie rzucone w eter dudniło we łbie amazonce ze zdwojoną siłą. Nie była w stanie się nad niczym zastanowić, mogła jedynie słuchać dalszych poleceń. - Przy siodle masz moją mapę. Czerwona kropka wskaże ci punkt, do którego poprowadzisz drużynę. Udam się przodem i zajmę się rozpoznaniem. Nie zatrzymujcie się ani u ludzi, ani u elfów. Nie zatrzymujcie się w ogóle. Utrzymujcie tempo. Daj znać innym zagubionym owieczkom, co się dzieje.

Pstryk...

Znowu w siodle, Dziad i Eve obok siebie, tak jakby nic sekundę temu się nie stało. Koń Irenvire zahamował tak gwałtownie, że prawie wyrzucił ją z siodła. Inni jeźdźcy także musieli się zatrzymać, by nie zaryć twarzą o ziemię. A stary pierdziel mknął dalej, prędzej nawet, niż dotychczas. Zniknął za olbrzymim dębem z potężnymi korzeniami. Swoją drogą, cień tego drzewa stanowił idealne miejsce na krótki odpoczynek i wyjaśnienie drużynie, od czego powstała ta cholerna pamięciowa luka...

[Pierwszy post należy do Aileen. Nie martwcie się, to nie będzie tradycja i w przyszłości postaram się dać Wam więcej swobody. Ponad to zarzekam się, iż nie faworyzuję, aczkolwiek mogę gnębić za niedotrzymanie terminu <zerk na Sargona>. Finito. Idą święta, toteż odpisy poproszę do czwartku/piątku.]
Aileen
Wójt
Posts: 216
Postać w RPG: Evanesca | Fay
Location: Ależ skąd!
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Aileen »

Dziadyga oczywiście nie spieszył się z odpowiedzią. Ach, gdyby mógł słyszeć te wszystkie obelgi, jakimi w myślach obdarzała go Evanesca, skrywając złość pod maską uprzejmej ciekawości...
Gdyby mógł słyszeć, głowa Ev w ciągu sekundy potoczyłaby się wesoło po ziemi. Jednakże Pan Przewodnik w końcu zdecydował się odezwać, a jego słowa wystawiły opanowanie amazonki na ciężką próbę. Gdyby wzrok mógł zabijać...
Niespodziewane zniknięcie otaczającego ją świata wywołało znane jej uczucie delikatnej paniki. Bełkot naukowy Dziada przynajmniej pozwolił jej się skupić, ale coś marnie jej to wyszło. Ostateczny efekt osiągnęło jedynie ostatnie słowo. Policzki dziewczyny poróżowiały ze złości.
Co za... kreatura! Owoc gwałtu na smoczycy! - pomyślała sobie. Chwila, byli w jej głowie?
Miała szczerą nadzieję, że Dziad nie usłyszał jej ostatniej myśli. Mogła być krnąbrna, zapalczywa, pyskata i niewiadomojaka, ale była bardzo przywiązana do swojej głowy. Próby ogarnięcia zadziwiająco ciemnej przestrzeni spełzły na niczym, zwłaszcza że Rhazaal jak zwykle wszystko olewał. Evanesca westchnęła cicho.
- Spierdoliliście sprawę z tymi gadami, nawiasem. - usłyszała głos staruszka. - Zaklęcia się pożarły i trzeba było uciekać. Ledwo co doczłapaliście się o własnych siłach do przejścia, zaś zagrożenie udało mi się wyeliminować nie ponosząc żadnych strat tylko przy pomocy cudu.
Zanim zdążyła się powstrzymać, przez umysł dziewczyny przemknęła nazwa pewnego białego kwiatka. Co jak co, ale w jej przypadku nie myślenie było zadaniem ponad siły... Porządkując naprędce swoje poplątane myśli, Evanesca usłyszała coś, na co czekała od momentu wyprawienia się na tą parszywą wycieczkę. Słowa Rhazaala odbijały się echem po wnętrzu jej czaszki, pochłaniając całą jej uwagę i, chwała Aonirowi, nie pozwalając zebrać myśli. Magowie kręgu rzeczywiście byli w niebezpieczeństwie, ale w zupełnie innym rodzaju, niż sugerował reszcie drużyny Sylwerand.
- Przy siodle masz moją mapę. Czerwona kropka wskaże ci punkt, do którego poprowadzisz drużynę. Udam się przodem i zajmę się rozpoznaniem. Nie zatrzymujcie się ani u ludzi, ani u elfów. Nie zatrzymujcie się w ogóle. Utrzymujcie tempo. Daj znać innym zagubionym owieczkom, co się dzieje.
Zanim zdążyła powiedzieć choćby najprostsze "Tak jest!" lub prędzej "Spiep*** dziadu!", ciemny eter zniknął, a Cep wrył się czterema nogami w ziemię, sprawiając że dziewczyna prawie wyleciała z siodła. Mocne szarpnięcie utwierdziło ją w przekonaniu, że ktoś dodatkowo na nią wpadł. Kiedy zdążyła się pozbierać, zobaczyła jedynie oddalającego się pospiesznie Dziada, który najwyraźniej od razu zajął się "rozpoznaniem" (czy też raczej, jak sądziła Eve, metodycznym wyżynaniem wszystkiego, co zamierzało stanąć im na drodze).


- Mam dwie wiadomości - dobrą i złą. Od której mam zacząć? - powiedziała z uśmiechem godnym zjawy z koszmarów. Zsiadła z konia i podprowadziła go pod rozłożyste drzewo. Nie mieli zbyt wiele czasu na dyskusję, Dziad zdąży w tym czasie wyprzedzić ich o całe mile, dlatego też postanowiła zadecydować za nich. W sumie, co za różnica.
- Zacznę od złej. Niebawem wszyscy zginiemy, bowiem ściga nas banda wysłanników Hirina.
Miała dziwne wrażenie, że groza sytuacji nie dotarła do towarzyszy. A może dlatego, że nie minęła nawet sekunda od wypowiedzenia tych słów? Ach, te nerwy...
- Tego Hirina. Podpadliśmy bogowi życia i śmierci! Właśnie dlatego straciliśmy pamięć, nasze pierwsze starcie ponoć zakończyło się klęską.
Dobra wiadomość? Znamy cel naszej misji. Co prawda, dzięki niemu też prędzej czy później zginiemy... - mruknęła - Udajemy się teraz w kierunku siedziby orka-wróżbity, maga ziemi o imieniu Gor. Przyszłego Maga Kręgu. Musimy go zabić.
Tym razem dała przebrzmieć swoim słowom. Doprawdy, chyba zaczęła przejmować nawyk dramatyzowania od pewnego zrzędliwego, brodatego jegomościa...
- Wraz za nim zapewne pójdą i inni. W chwili gdy dany mag zginie, ci z nas, którzy w przyszłości żyją dzięki jego decyzjom, znikną z tego świata na zawsze. Dlatego właśnie obietnica Sylweranda dotycząca naszej wolności jest bzdurą. Najprawdopodobniej żadne z nas już tam nie wróci.
Czy to dlatego, że wszyscy dzielili teraz ten sam los, czy po prostu dlatego, że podróżowała z nimi ponoć ponad tydzień, po raz pierwszy poczuła się jakimś elementem wspólnoty. Widać to było też po jej minie - zniknęła kamienna maska i niebezpiecznie płonące oczy, został smutek i coś co można było uznać za poddanie się losowi. Wzdrygnęła się i przelotne wrażenie znikło.
- Na mapie zaznaczono cel naszej wędrówki. Nie możemy się nigdzie zatrzymywać - powiedziała i podała drużynie mapę wyciągniętą z tuby. Ciekawiła ją reakcja ludzi.
Spoiler:
Szaleństwo nie jest niedorzeczne: otóż im bardziej szalone, tym bardziej logiczne, tym bardziej wyrafinowane, tym bardziej wymowne, tym bardziej olśniewające.
Landaen
Łowca postów
Posts: 139
Postać w RPG: Falibor

Re: Rozdział I

Post by Landaen »

Dość zabawne było to połączenie przekleństwa i przeprosin autorstwa Falibora, kiedy głupia szkapa, miast się zatrzymać, wpadła na wierzchowca amazonki. Ciekawe, że Dziad nagle zaczął oddalać się od grupy, jakby go horda demonów goniła.
Evanesca zsiadła z konia, toteż on uczynił to samo - popas zawsze należało wykorzystać. Do odpoczynku, relaksu, posilenia się...
- Niebawem wszyscy zginiemy, bowiem ściga nas banda wysłanników Hirina.
Tyle z relaksu. Choć przynajmniej wyjaśniła się owa dziwna luka w pamięci, najemnik wolałby pozostać w niewiedzy, a bogowi nie podpadać. To nie mogło się dobrze skończyć, oj nie...
Dobra wiadomość? Wolne żarty! Mieli od tak po prostu zabić przyszłego maga Kręgu? A co ze skutkami w przyszłości? Za nimi pójdą kolejni, mówiła amazonka, a pewnie miała rację. A co to będzie, jeśli zabiją wszystkich, zakładając, że im się to uda? Co, jeśli pozostanie sam Sylwerand... och.
Najemnik skinął głową, wygrzebał z juków krasnoludzką brandy, pociągnął łyk i schował cenny trunek z powrotem. Z innymi się nie dzielił, a co. Nie zasłużyli.
- Jakoś mi się nie wydaje, żebyśmy mieli umierać z powodu misji... - rzekł z wolna. - Bo pewnie do zabicia jest dwunastu magów, nie trzynastu. Pomyślicie tylko... No, nie wiem, co tam się w Kręgu dzieje... działo... będzie się dziać... Cholera. Jak to z Kręgiem wyglądało, ale na pewno wielmożni czarodzieje żarli się ze sobą. O wpływy, potęgę i tak dalej. Srebrna Dłoń chce widocznie usunąć problem, posługując się nami. Szczerze powiedziawszy... niespecjalnie mi to wadzi. Żyję tylko i wyłącznie dzięki decyzji Sylweranda, póki więc jego nie każą mi zabijać... A i tak wolałbym się nie zatrzymywać, zważywszy na wieści i nasze kłopoty z Hirinem.
Falibor obejrzał krótko mapę i podał ją dalej. Wynikało z niej, że kawałek drogi przed sobą mają... Pytanie tylko, czy aż tak pilnie mu było do spotkania z Gorem Odmieńcem.
Bezix
Łowca postów
Posts: 140
Postać w RPG: Terill Senus

Re: Rozdział I

Post by Bezix »

Podróż trwała i trwała. Nagle Dziad jak gdyby nigdy nic się oddalił, a Eve zeszła z konia. To pierwsze nie zdziwiło Terilla, ale to drugie już tak.
- Mam dwie wiadomości - dobrą i złą. Od której mam zacząć?
Terill zastanawiał się o co chodzi, jednak domyślał się, że chodzi o coś poważnego. Eve zaprowadziła wszystkich pod drzewo i zaczęła opowiadać co się dzieje. Z początku wojownik nie mógł uwierzyć w to co mówiła, jednak w końcu przekonał się do jej słów. Słowa o tym, że zabicie tego maga ziemi, który miał zostać magiem kręgu, może spowodować śmierć tych, którzy żyją dzięki jego decyzjom wywołały u niego dosyć głębokie refleksje. Terill nie był pewien, czy właśnie on nie jest jednym z nich, z drugiej strony nie bał się zginąć i poświęcić się dla dobra innych, bowiem nie chodziło tu o niego. Ale co jeśli oni też przez to zginą? Wolał pozostawić to pytanie losowi. O dziwo nie wahał się poświęcić życia prawie nieznanym sobie osobom. Niektórzy pomyśleliby sobie, że jest naiwny, ale przecież nie ma nic do stracenia. Śmierć nie wzbudzała w nim trwogi - jednak nie dążył do niej bezpodstawnie.
Po chwili jego uwagę przykuła Eve, która na moment zdawała się być smutna, co było dosyć nieczęstym widokiem dla niego - bach, on jej nawet takiej nie widział. Nie wyglądało mu to bez wątpienia na oszustwo.
Jednak ta wziąwszy się w garść powiedziała kilka słów i pokazała drużynie mapę. Terill przyjrzał się jej dokładnie, bowiem musiał dobrze znać trasę i cel podróży. Był pewien, że to nie on będzie miał ów plan w swoich rękach. Wysłuchał też co miał do powiedzenia Falibor, jednak nie było to nic, co miałoby go zmotywować, ale wolał dodać coś od siebie:
- Jeśli tak się przedstawia sprawa, to nie ma czasu do stracenia. Rozsądnym czynem byłoby wyruszyć jak najszybciej. - chciał lekko pośpieszyć drużynę, uświadamiając, że czas im ucieka. Wyciągnął swój bukłak i popił z niego trochę wody, po czym kontynuował - A skoro mowa o tym Goru Odmieńcu... Nie ma pewności, Faliborze, czy na którąś z decyzji on kiedyś nie wpłynął. Kto wie, czy nie było to przed nami ukrywane? No i nie jesteśmy pewni, czy będziemy musieli zabijać wszystkich magów kręgu. Co do sporów między nimi - te akurat pojawiły się później. Radziłbym się raczej wstrzymać ze spekulacjami na temat przyszłości, bo żaden z nas nie wie co się może stać. Równie dobrze możemy nie podołać temu magowi! - na chwile przerwał przemowę i znów zasięgnął łyka wody.
- Najlepiej pozostawić przyszłość losowi i żyć w teraźniejszości - tak będzie chyba dobrze dla nas wszystkich. Oczywiście nie mówię, że nie należy przygotować się na różne niespodzianki.
1Magol
Odbębniacz postów
Posts: 54
Postać w RPG: Eddilard Wolfire
Location: Łódź

Re: Rozdział I

Post by 1Magol »

Naprawdę szmat czasu upłynął od momentu, kiedy Edd ostatni raz spadł ze swojego wierzchowca... Było to jeszcze gdy jako mały chłopiec uczył się jeździć na prawdziwym koniu, a nie na kucu. Co prawda, ten koń nie należał do niego, więc nie było specjalnie powodu do bycia złym na siebie. Przecież wojownik nie znał charakteru zwierzęcia czy jego zwyczajów. Eddilard nie powinien więc czuć się zhańbiony owym faktem. Jednakże zaraz po tym jak spadł z wierzchowca, wojownik wpadł głową prosto w małą kałużę pełną błota(miejmy nadzieję że było to błoto).
Nie minęła chwila a Edd już stał na nogach i przemywał twarz resztkami wody z bukłaku. W tak zwanym międzyczasie, Edd usłyszał że jeden z koni bardzo szybko oddala się od grupy. Gdy wojownik mógł normalnie spojrzeć na oczy spostrzegł iż to kochany Rhazaal opuścił grupę.
W tej samej chwili wojownik usłyszał przenikliwy głos Evanesci, której w tej chwili z wyglądu, bliżej było do Banshee niż człowieka.

Zła wiadomość... - Edd wyciągnął ziele, musiał się odprężyć - Wysłannicy Hirina... To wyjaśnia tą dziurę w głowie, ale... z drugiej strony - pociągnął fajką - wolałbym dalej służyć łysej czaszce niż podpaść Bogowi... - Edd dmuchnął dymem, który to ułożył się w kształt koła. Eddilard na prawdę wydawał się być zrelaksowanym... Nie zwracał uwagi nawet na Falibora pijącego wykwintny trunek.

Nie nazwałbym tego dobrą wiadomością - pomyślał, i dmuchnął dymem jeszcze raz - to nie lepiej oszczędzić sobie wysiłku , oraz jednego życia i wyjść na przeciw Hirinowi? Efekt taki sam... - Pociągnął fajką.

Faliborze, można było się domyśleć że Sylwerand nie wysyła nas w celu ocalenia kręgu, lecz z własnych pobudek - dmuchnął dymem i podszedł bliżej, do towarzysza - W jednym jednak się z Tobą zgodzę.To dzięki Srebrnej Czaszce... to jest Dłoni, Srebrnej Dłoni nadal żyję, więc skoro ma on za ostatnie zadanie dla mnie - zabicie przyszłych Magów Kręgu, to choćby z Hirinem - Edd rozejrzał się dokładnie, jakby bał się że zaraz uderzy w niego piorun - i jego wyznawcami na karku, postaram się to zrobić.

Edd chwilę później otrzymał mapę od Terilla, i postanowił dokładnie się jej przyjrzeć, w tym samym czasie Terill zaczął filozofować na temat Gora, o jego decyzjach, które mogły wpłynąć na przyszłość i innych podobnych. Edd po obejrzeniu mapy, wiedział już gdzie maja iść, znał te okolice.

Terrilu - dmuchnął dymem - jeśli nie podołamy Gorowi to po prostu polegniemy, a w najlepszym wypadku - zginiemy od Gniewu Hirina - Usmiechnął się i oddał mapę Evie, która to wydawała się... smutna.
Falibor i Terill mają racje! Napijmy się i ruszajmy w droge, albowiem kawałek jej mamy przed nami! - Powiedział głośno, uśmiechnął się do towarzyszy i z wolna pomaszerował do swojego białego wierzchowca.
Eon
Postrach moderatorów
Posts: 633
Postać w RPG: MG
Location: nadejdzie śmierć?
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Eon »

Jedno jest pewne: Eve za cholerę nie posiada zdolności krasomówczych. Zbyt długie przebywanie w towarzystwie Dziada musiało w jakiś sposób wpłynąć na jej mentalność, bo zaczęła nawet wypowiadać się w sposób doń podobny. Pogarda dla wszystkiego i ta jadowita gadka; dobrze chociaż, że okazuje ludzkie uczucia, bo niedługo wyrosłaby jej śnieżnobiała broda do pasa. W każdym razie, ówcześnie poinstruowana amazonka przekazała drużynie nowinę.

Zachwytu nie było. Nic nadzwyczajnego, po prostu tym razem Runicznych Wojowników chce zabić jakiś tam bóg życia i śmierci, kto by się przejmował takimi trywialnościami? Sama grupa nie prezentowała się, jak stado ludzkich owieczek o przeciętnie niskiej inteligencji. Runy szkolone były nie tylko w zakresie skutecznego eliminowania sobie podobnych, ale nierzadko również w taktyce, myśleniu nadmiernie abstrakcyjnym. Ponad to ich praca zmuszała nawet tych najbardziej gburowatych do socjalizowania się. Rhazaal nieco odbiegał od tej normy, cóż jednak poradzić...
*** Komu w drogę, temu czas, a kazać czekać na siebie Dziadkowi, to jak podpisać cyrograf ze śmiercią. Kompania ruszyła ponownie w drogę. Zaraz po tym, jak odszukali wierzchowca Elley - dziewczę swojego pupilka nie upilnowało, co spowodowało zauważalne opóźnienie. Na szczęście godzina była jeszcze w miarę wczesna, światła dość, a dzięki wspólnemu wysiłkowi klaczka została odnaleziona.

Niestety, nie było mowy o dogonieniu przewodnika. Terill pamiętał ten jeden jedyny raz, kiedy Srebrna Dłoń nakazał mu kilka lat temu akompaniować Dziadkowi podczas podróży do Szarogórza. Cóż, drugą połowę drogi musiał przebyć samotnie, bowiem towarzysz zostawił go i wyrwał do przodu, jak opętany. Tym razem było podobnie. Runiczni mogli kierować się wyłącznie mapą i własnym instynktem, Rhazaal nie zostawiał żadnych śladów, tak jakby nie galopował, a przemieszczał się... górą. Wyjątkowo komiczne wyobrażenie wpełzło do umysłu Eve: Dziadzio z różową brodą, siedzący na równie różowym pegazie. Nie mogła powstrzymać chichotu. Zaraz jednak owy obraz przykryła wizja rozzłoszczonego łysola. Touché...
*** Ludzie na trakcie zdecydowanie nie mieli szczęścia. Brodacz jednak poruszał się po ziemi. Trafił na rabusiów bez odpowiednich kwalifikacji, czy też raczej to oni trafili na niego. Być może wcześniej byli bardziej energiczni, lecz w stanie obecnym... co tu dużo mówić... najwyższy, w skórzanej zbroi, zwisał właśnie z gałęzi rozłożystego drzewa. Został powieszony... łukiem. To nie żart. Cięciwę miał oplątaną wokół szyi, majdan był złamany na pół. Jedna część tkwiła niewzruszona wysoko w zagłębieniu. Pewnie się bronił, dlatego spotkał go tak straszliwie nieprzyjemny los. Faliborowi zdawało się, iż nadal drgał. Pozostała dwójka? Jeden zgubił gdzieś głowę, a drugi miał w swojej strzałę.

Drużynie przypomniały się słowa amazonki. Ruszyli dalej.
*** Do miejsca zaznaczonego kropką dotarli - jak Dziadyga precyzyjnie przewidział - wraz z chylącym się ku zachodowi Słońcem. I choć znajdowali się na terytorium elfów, nie dane im było wkroczyć nawet do jednej, większej wioski. Po drodze minęli tylko malutką osadę i nic poza tym. Krąg Przywołań był enklawą orków i jedynym miejscem w całym Cieniu Drzew, gdzie stacjonował niewielki oddział tej rasy, gotów bronić do śmierci świętego wzgórza. Nie było naturalnie takiej potrzeby, bo nie pojawiały się represje pomiędzy rasami (dziwne) i dotychczas każdy żył swoimi zmartwieniami. Przy olbrzymiej, mosiężnej bramie paliły się pochodnie, stało także dwóch dobrze uzbrojonych wartowników. Na widok piątki przybłęd chwycili piki w dłoń i pokracznym krokiem szybko pomaszerowali w ich pobliże.

- Stać mi tu! Wyłącznie Gor Oświecony może wydać zezwolenie na przejście. Musimy sprawdzić wasz biznes - nieco bardziej śmiały zielonoskóry wykrzyczał swoje żądania w stronę jeźdźców. Obcobrzmiącego słowa "biznes" nie znali, nie mogli więc wiedzieć, co orkowie zamierzali zweryfikować.
- Japa tam, Krásny. To te pątniki o których mówił owłosiony. Mamy ich puścić, tumanie - drugi z zielonych zganił swojego kolegę równie głośno i wyszczerzył obrzydliwie żółte kły w stronę przyjezdnych, w przepraszającym geście. Oboje zaś rozluźnili postawy i widać było, że w najbliższej przyszłości nie będą sprawiać problemów. Eve dostrzegła u śmierdzących odźwiernych mocno fosforyzujące tęczówki. Dziadyga chyba maczał w tym palce... à propos tego ostatniego: w okolicy nie stwierdzono przerośniętego starca. Grupa nie miała wyboru...

Ostatecznie zostawili wierzchowce pod opieką potulnych orków i przekroczyli wrota, nie odwracając się za siebie. Droga na górę nie była przesadnie kręta, ani stroma. Wreszcie, wiedzeni ciekawością oraz obowiązkiem, ujrzeli zagadkowe skupisko wielkich głazów. W zasięgu wzroku przechadzali się strażnicy, nikt jednak nie śmiał zakłócać odpoczynku wyróżniającego się maga w postrzępionych szatach, siedzącego w towarzystwie sporo od siebie większego jegomościa. Pobudzali do życia najdziwniejsze kształty z dymu, jakie kiedykolwiek świat widział. Dziadziuś wypuścił właśnie... czteromasztowiec. Raczyli się również alkoholem, zapach bardzo mocnego, skażonego, ropuszego spirytusu (biedna populacja żabek z Mirraw Thur) wyczuły nozdrza Edda, który to natychmiast pragnął do dwójki dołączyć i pomóc im w opróżnianiu zawartości bukłaka.

Tylko... co teraz? Na fałszywych pielgrzymów nikt nie zwracał uwagi...

[Kolejka dowolna, odpisy do czwartku wieczór]
Aileen
Wójt
Posts: 216
Postać w RPG: Evanesca | Fay
Location: Ależ skąd!
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Aileen »

Evanesca czekała w spokoju, aż drużyna przejrzy mapę. Po wszystkim, pergamin znalazł się bezpieczny i kompletny w tubie przytroczonej do dobytku. Tuba byłaby idealnym miejscem do przechowania tajemniczego zwoju, jednak dziewczyna nie miała pewności, czy mapa nie zostanie jej odebrana. Nie chciała ryzykować utraty czegoś potencjalnie cennego. Wsiadła w ciszy na koń i ruszyła wraz z drużyną. Oczywiście, jak tylko odnaleźli szkapę Elley. Evanesca pogłaskała swojego wierzchowca, rada, że nie próbował podobnych wyskoków.
- Jak będziesz grzeczny, wymyślę ci ładniejsze imię. - szepnęła do niego.


Rozpoznanie Rhazaala przebiegało bez zakłóceń. Evanesca także przeprowadziła swoje - trzy trupy, zgon na miejscu, dekapitacja, uraz głowy oraz uduszenie. Nie zdążyli jeszcze całkiem ostygnąć, co znaczyło, że Rhazaal nie wyprzedził ich tak znacznie jak myślała. Nie było jednak czasu, by przystawać. Evanesca została nieco w tyle, wyciągnęła miecz i jednym ruchem przecięła cięciwę. Zwłoki spadły na ziemię z nieprzyjemnym dźwiękiem.
Najwyraźniej dyndający na wietrze i obżerany przez ptaki trup godził w jej poczucie estetyki. Albo po prostu wzięła przykład z Falibora. Zmarłych należało szanować.


Orkowa architektura nie napełniała widza otuchą. Właściwie nawet trudno było nazwać te kilka desek, prętów, gwoździ i schodków architekturą. Evanesca miała ochotę zrobić zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i wrócić do tej małej, uroczej wioseczki którą mijali. Jednak najpierw musieli zarżnąć pewnego orka, który za parę (?) lat zasiądzie między dwunastoma innymi magami, jeśli runiczni wojownicy będą mieli pecha.
Evanesca powstrzymała przemożną chęć sięgnięcia po miecze, gdy z ciemności wypełzło dwóch pikinierów. Nie zanosiło się (o dziwo) na walkę, choć orkom zdecydowanie źle z oczu patrzyło. Gorzej niż zwykle, to znaczy. Nie wiedziała (choć się domyślała) kto to zrobił, ale wszystko wskazywało na to, że ich mózgi zostały obecnie dokładnie okorowane. Nie bez wahania oddała im Cepa i poszła w milczeniu za resztą.
Wizerunek mocnej jedynie w gębie, kruchej damy skutecznie psuły dwa miecze na plecach. Nawet udało jej się związać włosy. Evanesca była czujna, może nawet za bardzo. Zazwyczaj nie można tak po prostu wejść sobie do wioski orków. Coś tu było ewidentnie nie tak. Podstęp? Ze strategicznego punktu widzenia byłoby to bardzo korzystne - zwabić gromadkę do środka, otoczyć. Kilku ogniomistrzów i wieczerza dla całej wiochy gotowa.
Dotarli wreszcie do celu. Pośrodku kamiennego cmentarzyska najspokojniej na świecie, tuż obok sławetnego Gora, siedział sobie Dziad i pykał fajkę. Na jego widok, Evanesca poczuła irracjonalną ochotę wsadzenia mu tej fajeczki w...*
Tylko co teraz? Nikt nie zwracał na nich uwagi. Ogniomistrzów w pobliżu nie było, nie mówiąc już o potencjalnych stołownikach.

Może i jest krnąbrna, pyskata, ale nie głupia. Tym razem nadszedł czas na czekanie. Ograniczyła się wiec jedynie do świdrowania wzrokiem Pana Przewodnika. I dyskretnego nadepnięcia na stopę najbliżej stojącej osoby, czyli Elley.
- Walcz magią. Będę cię osłaniać. - szepnęła jej do ucha.
Boleśnie odczuwała fakt, że ogień w starciu orkami może być bezużyteczny.


* w ucho, jeśliście ciekawi.
Spoiler:
Szaleństwo nie jest niedorzeczne: otóż im bardziej szalone, tym bardziej logiczne, tym bardziej wyrafinowane, tym bardziej wymowne, tym bardziej olśniewające.
1Magol
Odbębniacz postów
Posts: 54
Postać w RPG: Eddilard Wolfire
Location: Łódź

Re: Rozdział I

Post by 1Magol »

Eddilard po mało wyczerpującej skierował się w kierunku swego białego konia, którego zresztą miał ochotę przerobić na obiad... - Dopiero jak zabijemy orka... - pomyślał, uśmiechnął się i dosiadł rumaka. Już miał odjeżdżać gdy nagle spostrzegł się że brakuje jednego wierzchowca, tego który należał do Elley.
Nie długo zajęło im znalezienie szkapy, a Edd znalazł po drodze kilka jagódek, które wydawały mu się jadalne.
Kilka chwil później drużyna ruszyła w stronę ich pierwszego celu - Gor, hmmm ciekawe czy jest tak samo potężny jak był? Albo raczej będzie... Jeśli tak to coraz bardziej uśmiecha mi się spotkanie z Hirinem - ciągnął w myślach wojownik, po czym zwolnił - tym samym znajdując się na końcu kompanii - wypił resztki wody z bukłaku i zjadł swoje wspaniałe jagódki... - tak... jeszcze trochę i się najem... - sarkastyczne myśli kłębiły się w móżdżku Edda.

Po przejechaniu paru kilometrów(tak zdawało się wojownikowi) grupa natrafiła na wyraźny znak obecności Dziada: trzy trupki wesoło zwisały z drzewa, jeden bez głowy, drugi miał w owej Dziadową strzałę a trzeci... Powiedzmy że nawet wrogowi Edd nie życzyłby takiej śmierci, albo spotkania z Dziadem.
Edd zwolnił konia, to samo zrobiła Eva. Tyle ze ona postanowiła ulżyć duszy trzeciego mężczyzny - Eddilard usłyszał głuche uderzenie - Nie obracał się, wiedział co zrobiła Eva... W głębi duszy ucieszył się, jednak nie odważyłby tego wyrazić.


Gdy zaczęło zmierzchać grupa znalazła się na miejscu, Eddilard wiedział że nie będzie to tak wspaniałe miejsce jak piękne, elfickie miasteczko, które mijali jakiś czas temu - Orkowie... Za grosz wyczucia stylu. - powiedział cicho Eddilard i przyspieszył trochę.
Gdy znaleźli się przy masywnej bramie z cienia wyszło dwóch orkowych wartowników, którzy ku zdziwieniu Edda nie ruszyli na grupkę z pikami. Oni miast tego patrząc się nie na Edda i resztę wlepiali ślepia w pustkę. Edd widział już podobne przypadki - Ech ty pierdzielu... - pomyślał i odwzajemniając uśmiech do orka wszedł do środka.

Gdy dotarł na górę, wojownik spostrzegł kilka patroli, które wydawały się nie zwracać uwagi na uzbrojonych po zęby tubylców. Pomiędzy głazami beztrosko paliło ziele dwoje jegomościów, z czego jednym z nich był dobrze im znany pan... to jest, Dziadyga - Kiedyś chciałem nauczyć się puszczać kilku-masztowce, ale jakoś nigdy mi nie wychodziło. - pomyślał zawiedziony patrząc na palących.
- Cóż to? - Edd pociągnął nosem - Ten zapach... Trochę wypaczony, ale nie ma możliwości bym się pomylił - Wojownik podszedł trochę bliżej - Czuć że orkowa robota, ale jak to mówią - Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. - powiedział wojownik, gdy do jego nosa wdarł się niczym płatny zabójca - mocny zapach orkowego spirytusu.

Mimo iż wyglądało na to że Eddilard "odpłynął" na czteromasztowcu z dymu do krainy wiecznego pragnienia, ten zaczął już obmyślać plan, jednakże zważywszy na obecność tylu strażników lista pomysłów była niezwykle krótka.W pewnej chwili Edd pomyślał że najlepszym sposobem będzie... Picie spirytusu!
Jednakże, Edd przypomniał sobie o wisielcach, których widzieli w drodze. Odruch(nie strach, tylko ludzki, naturalny odruch nakazujący nie zbliżanie się do Dziada) nakazał mu się cofnąć na tyle, by znaleźć się tuż przed Evanescą i Elley, które wydawały się bardzo skupione, zwłaszcza ta pierwsza. Wyglądało na to że była gotowa do walki w każdej chwili, czego nie można było powiedzieć o Eddzie, który to - aby nie myśleć o wspaniałym nektarze spożywanym przez Dziada - wyciągnął dyskretnie z kieszeni swoją własną fajkę i powoli zaczął ładować doń ostatki zabranego ze sobą ziela - Wydawało mi się ze było go więcej - pomyślał i jakby nigdy nic podpalił je. Już po chwili Edd zapomniał o tym że kilkanaście metrów dalej jest "zabawa", teraz Edd mógł się skupić. Mógł, jednakże nadal nie miał w głowie żadnego planu...
Landaen
Łowca postów
Posts: 139
Postać w RPG: Falibor

Re: Rozdział I

Post by Landaen »

Z widokiem najróżniejszych rodzajów śmierci Falibor był oswojony, toteż głowy ścięte czy takie ze strzałą z nich sterczącą większego wrażenia na nim nie robiły. Glewie czy maczugi pozostawiały po sobie i paskudniejsze widoki. Ale najemnik nigdy jeszcze nie widział, by ktokolwiek zrobił łukiem to, co zrobił Dziad.

Trupy były dosyć świeże, ten powieszony jeszcze drgał. Rhazaal był tu więc całkiem niedawno, a więc i droga do celu powinna być w miarę bezpieczna. Ciałem zajęła się Eva, powiedzmy. Odcięcie go od gałęzi było jedynym gestem dobrej woli, na jaki nieboszczyk mógł liczyć, gdziekolwiek teraz przebywał. Dziad i Hirin naglili do pośpiechu a ciężko było stwierdzić, który z nich jest gorszy.

W końcu natknęli się i na elfy, znaczy, minęli pędem jakąś niewielką ich osadę. Ciekawe, najemnik zawsze wyobrażał sobie, że Cień Drzew powinien być pełen długouchów. Może to przez bliskość obozowiska orków - choć dwie rasy może i nie czyniły sobie wstrętów, to przecież nie od razu musiały się lubić i mieszkać bardzo po sąsiedzku, prawda?

Wzgórze, do którego dotarli wkrótce, było dla orków ważne, to Falibor stwierdził na pewno. Wnioskował z bramy... mosiądz u orków? Nie drewniana palisada? Coś musiało być na rzeczy... Do tego już bardziej typowe zdobnictwo zielonoskórych - płonące pochodnie, trochę drewnianej zabudowy, dwóch paskudnych pikinierów... Biorących ich za pątników... Jasne, najemnika często mylono z pątnikiem. Czy kapłanem. Reszta też zupełnie do obrazu pielgrzyma pasowała, a co do mieczy, zbrój i całej tej reszty - no co, niebezpieczne mamy czasy. Nie grzeszyli inteligencją ci wartownicy, oj nie. Grunt jednak, że grupa znalazła się w obozie i jęła piąć się drogą na szczyt wzgórza. Pieszo, bo konie zostały pod opieką orków, którzy, przy odrobinie szczęścia, nie mieli zamiaru ich zjadać.

A otóż i Dziad! Siedzący tuż obok Gora, pykający fajeczkę, wydmuchujący czteromasztowce (zaraz - co?), raczący się alkoholem Dziad! Czemu więc wróżbita jeszcze żył, miast podzielić los biednych zbójów z drogi? Pewnie, zabić przyszłego maga Kręgu to nie to samo, co paru obwiesi ustrzelić... ale czy to możliwe, żeby Rhazaal potrzebował... pomocy? Pomocy runicznych?

Byli tu też strażnicy. Solidni orkowi wojownicy, silni i skuteczni w walce. Na ,,pątników" uwagi nie zwracali, choć oczywiście łacno mogło się to zmienić. Należało uważać - no i zapewnić sobie możliwość wydostania się z obozowiska bez szwanku, a do tego potrzebne były konie. Konie zostawione pod opieką orków.

- Postaram się tu trochę rozejrzeć - zakomunikował amazonce cicho. Jej, bo póki co ona robiła za pośrednika między Dziadem a drużyną. - Gdybym był potrzebny, usłyszę was z pewnością.

Z tymi słowy Falibor wolnym, spokojnym krokiem począł spacerować po obozie, z początku w okolicach kręgu, po chwili kierując się w dół wzgórza. Zerkał na strażników - nie, nie ukradkiem, zerkanie ukradkiem zawsze budziło podejrzenia, wypatrywał koni, a w międzyczasie zastanawiał się, jak dobrze jest w stanie udawać pątnika. Bo czy ma szanse w walce z orkową hordą, zastanawiać się nie musiał - wiedział dobrze, że powieszenie łukiem na gałęzi nie jest wcale najgorszym rodzajem śmierci.
Elley
Skrytopisarz
Posts: 15

Re: Rozdział I

Post by Elley »

Dziewczyna jechała z resztą grupy. Dotarli do miejsca, które było pobojowiskiem. Elley nie była zachwycona takim widokiem, wręcz zacisnęła mocniej wodze w dłoniach. Dojechali do mosiężnej bramie, gdzie w świetle pochodni widać było dwóch uzbrojonych orków.
- Stać mi tu! Wyłącznie Gor Oświecony może wydać zezwolenie na przejście. Musimy sprawdzić wasz biznes - Dziewczyna przestraszyła się, lecz starała się tego nie okazywać. W głowie zaczęła układać różne scenariusze, a myśli budziły w niej wątpliwości. Na jej szczęście i ku wielkiej uldze odezwał się jego towarzysz.
- Japa tam, Krásny. To te pątniki o których mówił owłosiony. Mamy ich puścić, tumanie - na ustach Elley pojawił się lekki uśmiech, ale nie straciła na czujności. Wręcz była gotowa walczyć, gdyby zaszła taka potrzeba. Ruszyła za towarzyszami.
Kiedy dotarła na szczyt wzgórza, zobaczyła Dziada. Palił fajeczkę w towarzystwie... Gora? Ciekawe.
- Walcz magią. Będę cię osłaniać. - szepnęła jej do ucha Eva. Elley skinęła głową, po czym podeszła nieco bliżej w stronę staruszka, na wypadek, gdyby miał dla niej jakieś instrukcje.
Bezix
Łowca postów
Posts: 140
Postać w RPG: Terill Senus

Re: Rozdział I

Post by Bezix »

Drużyna przemieszczała się dosyć szybko, w mgnieniu oka minęli wioskę elfów, w której nawet nie próbowali się zatrzymać. W końcu ich wzrok zwrócił widok zabitych bandytów. Jednak sposób w jaki byli zamordowani był zdziwienie dla wszystkich. Jeden z nich - wciąż wyglądający na żywego - został przywiązany cięciwą do dosyć rozłożystego drzewa. Terill od dawna nie widział tego, żeby ktoś tak zrobił, jednak nie było to dla niego niczym dziwnym, bo przecież jakie szanse na przeżycie w walce ma zwykły rabuś, który nie wie nawet, którą stroną trzyma się miecz? Chwilę później Eve postanowiła dokończyć żywota cierpiącego człowieka, co uświadomiło Terilla, że potrafiła być litościwa... albo po prostu nie mogła znieść widoku takiego jak ten. Nie zastanawiając się nad tym ruszył wraz z innymi członkami grupy.

Wszyscy dotarli w końcu do celu zaznaczonego na mapie, jednak ku zdziwieniu Terilla - i pewnie nie tylko jego - były tam mury z mosiądzu, a nie drewniana palisada, którą to orkowie zawsze budują wokół obozowisk. Nie zastanawiało go skąd oni w ogóle wytrzasnęli ten mosiądz, ale wiedział, że to musiało być bardzo ważnym miejscem dla zielonoskórych. Przed wejściem drużyna została zatrzymana przez pikiniera, jednak nie trwało to zbyt długo - jego kolega przekonał go, że to tylko kolejni pielgrzymi. Dla Terilla było to podejrzane - i słusznie, bowiem po przyjrzeniu się w oczy wartowników zobaczył wzrok, który zwykle pada od ludzi, na których rzucony został urok. Wszyscy, włącznie z Terillem musieli oddać swoje konie i iść wzdłuż wzniesienia pieszo.

Pierwsze co zwróciło uwagę grupy, to Dziad - a dokładniej Dziad dymiący czteromasztowce i pijący z Gorem. Czy to jakiś żart, czy może po prostu odwrócenie uwagi? Tak czy siak trzeba jakoś zabić tego orka.
Eon
Postrach moderatorów
Posts: 633
Postać w RPG: MG
Location: nadejdzie śmierć?
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Eon »

- Coś cię trapi, guślarzu? - Rhazaal zapytał troskliwie, na ile tylko pozwolił mu jego nieprzyjemny głos. Wprawne oko dostrzegłoby jednak, iż wcale nie martwi się na zapas tudzież nie zawraca sobie głowy stanem orka w żadnym stopniu. Był rozluźniony i popijał spirytus. Zabawne...
- Widziałem siebie, za kilkaset lat. Widziałem to, co mogę osiągnąć. Dziś wszystko się zmieniło. Kości pokazały. Dziś umrę - Gor wycharczał w odpowiedzi. Pomiędzy niezbyt głośno wypowiadanymi wyrazami próbował łapać oddech.
- Więc wiesz, po co tu przyszedłem. Nie będziesz stawiał oporu? Nie wyczarujesz nawet jednego golema? Wystarczy uderzyć pięścią w ziemię - Dziadek zasugerował, podjudzając swoją ofiarę. Z marnym skutkiem, trzeba przyznać, bowiem nie wywarł na niej wrażenia.
- Nie. Ufam przeznaczeniu - zielonoskóry odparł niewzruszony, wiernie trwając w swoich postanowieniach, co niezmiernie zirytowało przewodnika. Złości nie okazał, bo nigdy nie afiszował się nią przy tych, których szanował. Nawet, jeśli nie pachnieli zbyt ładnie...
- Jesteś głupcem. - Dziad wypuścił z płuc dym, formując go w przedziwny symbol. Gor zaśmiał się paskudnie, a jego fajka wyleciała mu z oślizgłej łapy. W tym samym momencie dostał gwałtownego ataku kaszlu i przechylił się na bok, rozpaczliwie starając się zachować równowagę. Eve bacznie obserwująca całe zdarzenie, dzięki przenikliwemu intelektowi szybko połączyła fakty i postawiła diagnozę. Jeden z niedoszłych Magów Kręgu właśnie umierał, otruty. Choć widziała tę substancję w akcji kilkukrotnie, nigdy nie sądziła, że można dodać ją do fajkowego ziela...

Gor, podtrzymywany przez prawą rękę Dziadygi, odchodził w męczarniach, jednakże jego los mógł być znacznie gorszy. Gdyby nie plan Sylweranda, przeżyłby i ujrzałby koniec świata, koniec potęgi swojej rasy, która ostatecznie by przetrwać musiała bezwarunkowo zawiązać pakt z trollami, i barbarzyńcami z gór. Dlatego nie protestował i nie próbował się bronić. Przewidział przyszłość do tak odległego stopnia, że przestała go ona pociągać, a dalsze życie wydawało mu się bez sensu. Wyzionął ducha nie na polu walki, tylko przy swoim oprawcy. Ironia losu? Czy może karma? Dla martwego nie miał to już znaczenia.

Wszyscy orkowie w okolicy zorientowali się w zajściu na tyle szybko, że zdążyli zareagować błyskawicznie. Pierwszą rundę Runiczni Wojownicy zdecydowanie przegrali, lecz nie oznaczało to końca walki, wręcz przeciwnie, zwiastowało początek. Początek walki o przetrwanie.

Gdy było pewne, iż Gor przestał oddychać i nie stanowi zagrożenia, Dziad puścił jego bezwładne ciało, podnosząc się na równe nogi. Wyłącznie Senus w obecnej sytuacji posłużył się swoim zmysłem taktycznym i szybkim krokiem zmierzał w kierunku Pana Przewodnika, by ewentualnie wspomóc go ostrzem swego miecza, choć gdzieś w głębi duszy przeczuwał, że nie będzie to konieczne. Już na wstępie jego plan nie wypalił, bo drogę do celu odciął mu tarczownik, przepuszczając drugiego w stronę brodacza. Ten ostatni zaś wydawał się nieprzejęty sytuacją. Oprócz laski nie posiadał żadnej namiastki broni (nie licząc sztyletu, ale przy jego pomocy nie przetnie grubego pancerza), aczkolwiek to nie oznaczało, że nie należy się go obawiać. Zgoła odmiennie musiał myśleć ten, kto zaatakował doradcę Srebrnej Dłoni. Atak był skutecznie wyprowadzony i najprawdopodobniej połamałby wszystkie żebra trafionemu, gdyby tylko dosięgnął przeciwnika. Został sparowany... dłonią. Nie byle jaką, rzecz jasna, bo lewą. Młot zaczął się topić w mgnieniu oka, dopóki nie został odrzucony na bok. Ork w szale próbował rzucić się na Rhazaala, ale przeszkodził mu w tym akcie ostry ból zmiażdżonego nosa oraz krwawienie. Tymczasem krzepki staruszek musiał zmierzyć się z kolczastym pulerzem, gotowym przerobić go na apetyczne mielone. By do tego nie dopuścić, solidnie zaparł się nogami i wymierzył rosochatym kijem w centrum tarczy. Szarża oka zdała się na nic - wkrótce dołączył do swego brata krwi nieprzytomny.

Fałszywi pielgrzymi mieli się gorzej. Na wstępie potrącił grupkę weteran, taranując Elley i Amazonkę, razem z tą dwójką lądując na trawie. Przy upadku nie miał szczęścia i zakończył swoją egzystencję zostawiając na kamieniu krwisty ślad po uderzeniu głową. Drugi machnął Eddilardowi mieczem tuż przed nosem, co poskutkowało przecięciem cybuchu fajki i - jak łatwo się domyślić - nieodwracalnym uszkodzeniem jej. Widać było, że wściekły siepacz szykuje się do kolejnego ciosu. Z lewej strony nadciągała odsiecz w postaci czterech pikinierów. Należy działać szybko...

Jedynym, chwilowo bezpiecznym człowiekiem był Falibor. Na dole nikt nie wiedział o morderstwie, nie nadbiegała pomoc dla zielonych. À propos wsparcia... mógłby go udzielić tym na górze. Jeśli tego chce, naturalnie. Może też spróbować wyprowadzić konie i uciec, bądź zaczekać z wierzchowcami i przygotować się na odwrót całej drużyny.

Terill ukradkiem spostrzegł istotną rzecz: Dziada już na miejscu zdarzenia nie było. Wyparował, tak po prostu. Stał w jednym miejscu, a zaraz już go tam nie było. Pięknie...

[Wybaczcie niedomiar epickości, ale źle się czuję. Odpisy do czwartku wieczór, kolejność dowolna. Jak coś niejasne, to pytać.]
Aileen
Wójt
Posts: 216
Postać w RPG: Evanesca | Fay
Location: Ależ skąd!
Contact:

Re: Rozdział I

Post by Aileen »

Evanesca spodziewała się, że będą musieli cierpliwie czekać na jakiś znak, sygnał do ataku, cokolwiek. Miała niemiłe wrażenie, że z każdą chwilą zbliża się moment, w którym cała postawiona na nogi wioska rzuci się na nich z zębami, pałami, pikami, toporami, ewentualnie magią. W najgorszym przypadku od razu z widelcem i nożem. Wyglądali na trochę bardziej cywilizowanych.

Bardzo się pomyliła, najbardziej jednak w stosunku do Gora. Nie przepadała za orkami i trudno się dziwić. Brzydkie, śmierdzące, pokraczne zielone kreatury o mózgu wielkości łebka od szpilki. Mag miał w sobie wszystkie te przymioty, oprócz ostatniego.
Evanesca słuchała w milczeniu ich dialogu, niezdolna nawet rozejrzeć się po okolicy, by przekonać się że kilku pikinierów doszło do wniosku, że jednak coś tu jest nie tak. Nie spodziewała się takiego obrotu sytuacji. Nie spodziewała się, by Gor mógł z takim spokojem, po prostu pogodzić się z przeznaczeniem. Patrząc jak powoli uchodzi z niego życie, wiedziała że do głupca było mu bardzo daleko.

Cała scena rozegrała się dla niej jakby we śnie. Tak dalece nie zdawała sobie sprawy z rzeczywistości, że z otępienia wyrwał ją dopiero wściekły ryk za jej plecami. Wydawało jej się nawet, że kątem oka zobaczyła nacierającego na Dziada wojaka z kolczastą tarczą. Odruchowo próbowała usunąć się z drogi, wpadła wtedy na Elley i straciła równowagę. Sekundę później uderzyło w nie coś, co przywodziło na myśl żelazną ścianę. Świat wywinął koziołka.
Evanesca strząsnęła z siebie z trudem śmierdzące, drgające zwłoki orka, który w bitewnym szale wpadł na obie kobiety, rozbijając sobie czaszkę o wystający kamień. Cudem uniknęły gorszych obrażeń. Amazonka wstała i pomogła podnieść się Elley. Sukienka nie była dobrym strojem do bitwy. Rozejrzała się szybko po otaczającym ją chaosie, a jej ocena sytuacji wróciła do normy.
Dziad zniknął. Z całego serca życzyła mu, by dołączył do puli zwłok rozciągniętych na klepisku, boleśnie jednak zdawała sobie sprawę, że kogoś takiego niełatwo zabić. Rzut oka na szarżującą ścianę pikinierów i walczącego Eddilarda. Sama nie wiedziała kiedy chwyciła za miecze. Zostali uwięzieni w środku wioski. Jeśli tu zostaną, czeka ich niemiły koniec. Wciąż istniała szansa, że ci na dole nie połapali się co się stało.
- Odwrót! - krzyknęła, przebijając się przez ogólny rumor. Nie pobiegła jednak sama w dół ścieżki. Brakowało jednej osoby, pozostali wciąż walczyli, a nie wiedziała, czy ją usłyszeli. Nie była dowódcą i nigdy by nim być nie chciała. Postanowiła jednak, że jeśli zrobi się gorąco, nie będzie oglądać się za siebie i w miarę możliwości pociągnie za sobą najbliższą osobę. Najbliżej stała Elley.
- Mam nadzieję, że masz w rękawie kilka asów - syknęła do niej, przygotowując się do starcia. Stanęła tak, by Elley utrzymała się na w miarę bezpiecznej pozycji. Ostrza amazonki na brzegach zaczęły się żarzyć, po klingach pełzały drobne płomienie. Och tak, nienawidziła się bić. Ale jak już przyszło co do czego...
Widok czwórki szarżujących pikinierów działał trzeźwiąco. Jednocześnie skłaniał do rachunku sumienia. Miała szczerą nadzieję, że spotka ich po drodze coś nieprzyjemnego.
Spoiler:
Szaleństwo nie jest niedorzeczne: otóż im bardziej szalone, tym bardziej logiczne, tym bardziej wyrafinowane, tym bardziej wymowne, tym bardziej olśniewające.
Landaen
Łowca postów
Posts: 139
Postać w RPG: Falibor

Re: Rozdział I

Post by Landaen »

To tak szybko? Najemnik nie zdążył nawet zejść na sam dół, kiedy posłyszał - tak dobrze mu znane - odgłosy walki. Tak oto jego cudowny plan zapewnienia drużynie możliwości mniej więcej zorganizowanego odwrotu szlag trafił.
Zapewne będą musieli przebijać się przez cały obóz orków, rozmyślał, biegnąc z powrotem na górę. Bardzo możliwe, że ktoś przy tym odejdzie do Hirina, dodał w myślach, dobywając buzdyganu. A wszystko to dlatego, że Dziad najwidoczniej musiał się zbytnio pośpieszyć.

A tak, na górze działo się, oj, działo. Orkowie mieli swój styl walki - niezbyt elegancki, robiący sporo zamieszania, bazujący na sile. I skuteczny, w większości przypadków przynajmniej. Weteran, który rozwalił sobie czaszkę o kamień, był wyjątkiem potwierdzającym regułę, co się zaś tyczy stopionego młota i dwóch zielonoskórych na ziemi... Cóż, widocznie pojęcie skuteczności nie obowiązywało w starciu z Dziadem. Po prostu.

Pierwotnie Falibor chciał właśnie Rhazaala odnaleźć w wirze walki, jakoś się do niego przebić i kombinować odwrót. Staruszka nigdzie jednak nie zauważył - po prawdzie na obserwacje zbyt wiele czasu nie miał, skupiając się bardziej na czterech pikinierach z prawej. Na ich widok przerzucił sześciopióra do lewej dłoni, w prawą ucapił miecz i rzucił się w ich stronę. Liczył na to, że długi oręż orków nie na wiele się zda w zwarciu, na wsparcie amazonki i Elley, uchwyconych kątem oka... A, i opiekę któregoś z bogów. Opieka któregoś z bogów zawsze bywa przydatna w starciu z zielonoskórymi.
1Magol
Odbębniacz postów
Posts: 54
Postać w RPG: Eddilard Wolfire
Location: Łódź

Re: Rozdział I

Post by 1Magol »

Eddilard zupełnie nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Chyba żadna z obecnych tu Run się tego nie spodziewała. - A jednak istnieją mądre orki... - pomyślał wojownik przymykając na chwilę oczy. Może gdyby tego nie zrobił, nie straciłby najcenniejszej rzeczy jaka miał ze sobą w tym świecie - ręcznie struganej fajeczki, którą bezlitośnie zniszczył machający mieczem na oślep ork. Nie było czasu na rozpaczanie, Eddilard od razu cofnął się parę kroków i wyczekiwał na kolejny atak wroga

W międzyczasie Edd spostrzegł że obok trupa wielkiego Gora - nie ma Dziada. Co więcej, nie było go nigdzie na polu bitwy. - Czyżby nie uśmiechało mu się pobrudzenie sobie rączek? - powiedział Edd szybkim ruchem wyjmując z pochwy miecz. Kątem oka zobaczył jak Elley i Eva z impetem uderzają w ziemię, pod naporem orkowego weterana. - To musiało boleć - syknął
- Nadchodzi - pomyślał Eddilard widząc nacierającego nań orka. Tego samego, któremu zawdzięcza brak jakiegokolwiek czynnika odstresowywującego w tym świecie. Edd przygotował się już na walkę z orkiem, mentalnie i fizycznie - przyjął pozycję do szybkiego zabicia orka: Nisko na nogach, miecz tuż przy sobie... Nie chciał zabijać go od razu, chciał wlecieć w niego z całą swoja siłą, jakby nacierał na niego tak jak weteran na dziewczyny. Z tą różnicą, że Edd chciał tuż pod koniec biegu, ślizgiem "wjechać" w atakującego go orka.

- Odwrót! - Usłyszał krzyk amazonki, która z jednej strony miała rację: Jesteśmy na ich terenie, jest ich więcej, plus jesteśmy rozdzieleni - Muszę przebić się do dziewczyn - pomyślał, i zaczął biec. Ale nie w stron wyjścia, tylko do znajdującego się niewiele przed nim orka - Nie mogę Ci odpuścić, zabiję ciebie, a potem dogonię grupę - powiedział głośno i kontem oka spostrzegł że Falibor także rzucił się w wir walki. Teraz liczyły się sekundy, albo powiedzie się jego strategia, albo padnie na ziemię z orkiem nad twarzą, oby tym razem nie zawiódł tak jak ze smokowcami.
Last edited by 1Magol on Fri, 11 Jan 2013, 20:31, edited 1 time in total.
Post Reply