W porządku

To ostatnie z tych moich bo reszta kolegi:) Można też znaleźć na tamtym forum
I
Żył raz władca, pan potężny,
Mąż odważny, rycerz dzielny,
Kochał żonę swą nad życie,
Kazał strzec jej sługom skrycie.
Bo brzemienną ona była,
Wnet mu córkę urodziła.
Rude, wredne dzieciąteczko,
Głośne i złe paniąteczko.
Dziecko ciągle coś broiło,
Matkę w trumnę tym wpędziło.
Zmarło się królowej wcześnie.
Bezboleśnie, no bo we śnie.
Na pogrzebie jak zasłony,
Spadły z oczu dziecka błony.
Od tej pory się uczyło
I przykładem cnoty było.
Król w żałobie pogrążony,
Spędzał czas przy grobie żony.
Oddał dziecię do klasztoru.
„Tam niech uczy się honoru!
Tam niech manier się wyuczy,
Wielu zaklęć - magii kluczy.
Tam niech cnoty swej dochowa,
Dać mężowi ją gotowa.
Kiedy nauk kres dobiegnie,
Moje ciało martwe legnie.”
Jak rozkazał, tak zrobiono,
Dziecię w habit obleczono.
Przed kamiennym, wielki murem
Wszystka szlachta płacze chórem.
Brat zakonny zamknął wrota.
„Oj biedactwo... tyś sierota...”
Upłynęło dziesięć latek,
Urodzono wiele dziatek.
Źle się dzieje w tej krainie,
Krwią mieszkańców ona płynie.
„Król oszalał! Król zwariował!
Żonę zabił! córkę schował!”
Inni władcy i rycerze,
Bandy chłopów i żołnierze,
Wszyscy z królem toczą wojnę,
Stąd te czasy niespokojne.
W lśniącej zbroi ktoś przybywa,
Armię króla on rozrywa,
Staje dumnie przed zamczyskiem,
I się drze całym swym pyskiem:
„Panie, przestań wciąż wojować!
Skończ swych ludzi żywcem chować!
Walcz ze mną na śmierć i życie!
Żadnej broni nie miej skrycie!”
Dobył miecza król szalony,
Ubrał hełm zamiast korony,
Po czym żwawo walczyć począł,
Owładnięty furii mocą.
Cios za ciosem, sztychów chmara,
Jeden błąd i straszna kara...
Bruku kostka wystająca,
Rycerz łapać chciał zająca.
Legł jak długi w środku placu,
Tuż obok wroga pałacu.
Król szalony miecz podnosił,
Ciemne siły o moc prosił.
Dziwo! Coś go zatrzymało,
Coś, co głośnym głosem brzmiało:
„W głowie ci się pokręciło!
Bijesz swoich, swoją siłą!
Zamiast wrogów kłaść pod nogi,
Bijesz swoich... Ojcze drogi...”
Sen to? Mara? Koszmar jaki?
W środku dnia senne majaki?
Wąską furtą wyszła ona...
Tak podobna... jego żona?
Rudych loczków pełna głowa,
Bordo suknia, całkiem nowa,
Nogi długie aż do nieba,
Wszystko było tam gdzie trzeba.
A jej oczy zieleń wiosny,
Były jak uśmiech radosny.
Szła do niego kręcąc głową,
Idąc z misją pokojową.
„Ojcze zostaw rycerzyka,
Niech do domu swego zmyka”
Wstał niezgrabnie i powoli,
Czując że go wszystko boli.
Spojrzał w oczy młodej damie,
Ta chwyciła go za ramię.
Szeptem mówi mu na uszko:
„Znam komnatę gdzie jest łóżko”
Rozochocił się rycerzyk,
Zrzucił szybko swój pancerzyk
I powstając na swe nogi,
Padł znużony na podłogi.
Rano wstał, czuł się jak nowy.
Leżąc, słyszał strzępek mowy:
„Ojcze drogi, ukochany,
Jak ja kocham zamku ściany!
Długo mnisi mnie uczyli,
Ale w końcu dokończyli
Tego co im przykazałeś,
Gdy mnie w ich ręce dawałeś.
Każdy mówi żeś oszalał,
Ludzi wieszał, żywcem spalał.
Co się tutaj wydarzyło,
Wtedy, kiedy mnie nie było?”
Król z wrażenia otrzeźwiony,
Głos miał nieswój, czymś zmieniony:
„Ma córeczko ukochana,
Chodź do taty na kolana”
Rude diablę się nie dało,
Prośby ojca nie słuchało.
Władca wezwał czarne siły,
By go od śmierci broniły.
Twarz wykrzywił grymas męki,
Bólu, śmierci i udręki.
Rzucił pannę na swe łoże,
Stary już jest, jednak może...
Młody rycerz wstał stękając,
W dłoni swojej miecz ściskając.
Ciął króla tuż pod kolanem
Zadając mu podłą ranę.
Z trudem wielkim król raniony,
Wybiegł jakby poparzony.
Uszedł w dal, hen w obce kraje,
Gdzie piekło zowie się rajem.
Córka króla odurzona,
Wpadła w rycerza ramiona.
On ją w łożu złożył czule,
Nie zważając na swe bóle.
Rycerz młody, panna ruda,
Takie coś musi się udać!
Tą tragedią połączeni,
Jakby sobie przeznaczeni.
Ślub rychły im się uśmiecha,
Potem tron i wnet pociecha.
II
„Ale, ale! Co myślicie!?
Już się do dom rozchodzicie!?
Znacie bajki pierwszą cząstkę,
Zwaną czasem też początkiem.”
Weselisko odprawione, Dzieci stadko urobione,
Wszystko ma się wręcz wspaniale,
Młodzi rządzą w pełnej chwale.
Lecz zbyt długo to nie trwało,
Szczęścia linię coś przerwało.
Oto demon w szkarłat skuty,
Ma szkarłatne nawet buty,
Pędzi do nich na smoczysku,
O ogromnym, groźnym pysku.
Za nim jak w mrowiska głębi,
Coś się wije, coś się kłębi.
Chmarę diabłów i szatanów,
Najemników, szarlatanów,
Do cna złych i podłych ludzi,
Demon straszny mocą zbudził.
Raban podniósł się na dworze,
„Kto to pędzi na potworze?”
Para młodych nie czekała.
Dzieci swoje pozbierała,
Do zakonu je schronili
Tam bezpieczni wszyscy byli.
Młody rycerz i królewna,
To że razem, jest rzecz pewna,
Przyodziali się do boju,
I w radosnym wręcz nastroju
Wyjechali ze swych włości
Na spotkanie dziwnych gości.
Odezwała się księżniczka,
Ruda, bystra wojowniczka
„Czego chcesz brzydki demonie?
Niech cię piekło twe pochłonie!
Odejdź prędko z tego kraju,
Albo ‘ciach’ i ‘siup’ do raju!”
Demon zsunął się ze smoka,
Chlasnął batem go po bokach,
Chwilę z hełmem się mocował,
Wnet wypełzła jego głowa.
„Wielkie dziwy! Co za czary!?
Demon, to nasz władca stary!”
Rzekł nieswojo i tubalnie:
„Będę prosił, wręcz nachalnie,
O oddanie mi królestwa,
Mego w ziemi tej jestestwa.
Wszyscy wy umrzeć musicie,
Będzie płacz, chłosta i bicie.
Przegnaliście swego pana?
Padać przy mnie na kolana!”
Kiedy skończył przemówienie,
Zabrał się za wysiedlenie.
Puścił sforę swą piekielną,
Na zamkową straż naczelną.
Demon sięgnął do swej broni,
Język ognia, co się w dłoni
Uformował w miecz straszliwy,
Ostry, lekki, niełamliwy.
Rycerz dobył ostrza swego,
Przez kapłanów święconego.
Zrobił piruet całkiem gładki,
Chlasnął wroga przez łopatki.
Miecz zabrzęczał o pancerze,
To ktoś upadł... Ja nie wierzę!
Demon cudem się z ratował,
Ostrze w rycerza wpakował!
Padł rycerzyk pochlastany,
Padł wprost w żółte tulipany.
Rude dziewczę zapiszczało,
Męża prędko opłakało,
Wysmarkało się w chusteczkę
I zamilkło na chwileczkę.
Odezwało się niewinnie,
Całkiem sprytnie no i zwinnie.
„Tatku drogi, ukochany,
Tatku straszny, opętany.
Zło jest twoim przyjacielem.
Długo gości w twoim ciele?”
Dziewczę dłużej nie czekało.
Modły zemsty wykrzyczało.
Mnisi tego jej uczyli,
Swojej wiedzy użyczyli.
Tego pewnie by nie chcieli,
Ich adeptka w zło się wcieli...
Silna była ta królewna.
Silna no i swego całkiem pewna.
Miast demona