Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Dziad już po chwili mocno żałował udostępnienia zebranym możliwości zadawania pytań. Co drugą osobę najchętniej zabiłby na miejscu gołymi rękoma za przejawy wrodzonego idiotyzmu i niekompetencji. Nigdy nie przyznał by się osobiście do tej ostatniej, cóż, taki już los Staruszka... szczęśliwa czwórka zręcznie wybrnęła z sytuacji milczeniem, pozostali zaś... najwyraźniej nie potrafili działać bez zaspokojenia żądzy ciekawości. Jednak sposób w jaki zrobiła ta jedna z person wyjątkowo nie przypadł Dziadkowi do gustu. Pewnie zdusiłby chęć urwania głowy dryblasowi, jednakże z sobie tylko znanych przyczyn nie był w stanie.
Z początku piorunując spojrzeniem Eve i gotując się do ciętej riposty, po wtrąceniu chędożonego "Niszczyciela" od siedmiu boleści, brodaty pan przeniósł wzrok właśnie na niego. Spuszczona ze smyczy pycha wraz z dumą wręcz kipiały z Terilla. Niepokojąco miły do tej pory Rhazaal zareagował dość ostro, a za preludium do przyszłych wydarzeń stanowiło głuche warknięcie, usłyszane wyłącznie przez najbliżej stojącego entuzjastę poparzeń, nie tylko tych słonecznych...
- Spóźniłeś się - stwierdził, wskazując palcem na nowo odkrytego kozła ofiarnego. Dystans jaki dzielił obu mężczyzn został wkrótce mocno skrócony. Z odległości połowy łokcia, Przewodnik zdawał się robić jeszcze większe wrażenie. Jak dla kogo, ma się rozumieć. - Nie zwykłem prosić o cokolwiek psy, błędny rycerzyku. Uszanuj wolę Srebrnej Dłoni i łaskę, która na ciebie spadła. Wciąż możesz tutaj stać ze wszystkimi kończynami, co niechybnie się zmieni, jeśli dalej będziesz otwierać gębę - dokończył. Senus wnet wywąchał zapach palącej się zbroi. Lewa ręka uprzejmego Iberina właśnie spełzła leniwie z barku obiektu obrzuconego przezeń mięsem. To niewiarygodne, ale większa część naramiennika zwyczajnie się... stopiła. Ale jak?
Evanesce też miało się oberwać. Matka Fortuna chyba poszła spać...
- Nie kwestionuj decyzji Sylweranda, amazonko. To on ma wam wszystko wyjaśnić. Do tego czasu każda runa na tym placu znajduje się pod moją jurysdykcją - odpowiedział, już nieco spokojniej, uprzednio oddalając się od źródła nieprzyjemnego zapachu, jakim w tym czasie była druga najwyższa postać z grupy. Rozstawianie po kątach było przyjemnym zajęciem...
Uwaga Etthki okazała się zbawienna. Opierający się o laskę brodacz podsumował ją uroczym prychnięciem pełnym pogardy, ale nie minęła chwila, a już dreptał w kierunku wejścia do Pałacu, od niechcenia zachęcając zgraję zwykłym "za mną!". Wnętrze oraz wystrój... powiedzmy, iż niezbyt zaskakiwały. Kryształy, lustra, w s z ę d z i e szkło. Miłą odmianą zaskoczyło większość czyste powietrze, chłodne, najpewniej filtrowane przez innowacyjny wynalazek Isgrimma, najbardziej znanego krasnoluda w dziejach. Ogromna sala, cudownie zaprojektowane sklepienia, a nawet przezroczyste rzeźby były niczym w porównaniu do szklanego tronu, zajętego przez - jak nietrudno się domyślić - Mistrza Iluzji. Gdy kompania dotarła wreszcie przed jego oblicze, Dziadziuś stanął po prawicy Srebrnika.
- A teraz minuta ciszy dla dwunastu poległych Magów Kręgu... - łysy łeb przemówił melodyjnym głosem. Zaraz... to Magowie nie żyją? Co mogło kotłować się w głowach zebranych?
[Ari, oprócz pieczenia pojawiła się swędząca wysypka...]
Z początku piorunując spojrzeniem Eve i gotując się do ciętej riposty, po wtrąceniu chędożonego "Niszczyciela" od siedmiu boleści, brodaty pan przeniósł wzrok właśnie na niego. Spuszczona ze smyczy pycha wraz z dumą wręcz kipiały z Terilla. Niepokojąco miły do tej pory Rhazaal zareagował dość ostro, a za preludium do przyszłych wydarzeń stanowiło głuche warknięcie, usłyszane wyłącznie przez najbliżej stojącego entuzjastę poparzeń, nie tylko tych słonecznych...
- Spóźniłeś się - stwierdził, wskazując palcem na nowo odkrytego kozła ofiarnego. Dystans jaki dzielił obu mężczyzn został wkrótce mocno skrócony. Z odległości połowy łokcia, Przewodnik zdawał się robić jeszcze większe wrażenie. Jak dla kogo, ma się rozumieć. - Nie zwykłem prosić o cokolwiek psy, błędny rycerzyku. Uszanuj wolę Srebrnej Dłoni i łaskę, która na ciebie spadła. Wciąż możesz tutaj stać ze wszystkimi kończynami, co niechybnie się zmieni, jeśli dalej będziesz otwierać gębę - dokończył. Senus wnet wywąchał zapach palącej się zbroi. Lewa ręka uprzejmego Iberina właśnie spełzła leniwie z barku obiektu obrzuconego przezeń mięsem. To niewiarygodne, ale większa część naramiennika zwyczajnie się... stopiła. Ale jak?
Evanesce też miało się oberwać. Matka Fortuna chyba poszła spać...
- Nie kwestionuj decyzji Sylweranda, amazonko. To on ma wam wszystko wyjaśnić. Do tego czasu każda runa na tym placu znajduje się pod moją jurysdykcją - odpowiedział, już nieco spokojniej, uprzednio oddalając się od źródła nieprzyjemnego zapachu, jakim w tym czasie była druga najwyższa postać z grupy. Rozstawianie po kątach było przyjemnym zajęciem...
Uwaga Etthki okazała się zbawienna. Opierający się o laskę brodacz podsumował ją uroczym prychnięciem pełnym pogardy, ale nie minęła chwila, a już dreptał w kierunku wejścia do Pałacu, od niechcenia zachęcając zgraję zwykłym "za mną!". Wnętrze oraz wystrój... powiedzmy, iż niezbyt zaskakiwały. Kryształy, lustra, w s z ę d z i e szkło. Miłą odmianą zaskoczyło większość czyste powietrze, chłodne, najpewniej filtrowane przez innowacyjny wynalazek Isgrimma, najbardziej znanego krasnoluda w dziejach. Ogromna sala, cudownie zaprojektowane sklepienia, a nawet przezroczyste rzeźby były niczym w porównaniu do szklanego tronu, zajętego przez - jak nietrudno się domyślić - Mistrza Iluzji. Gdy kompania dotarła wreszcie przed jego oblicze, Dziadziuś stanął po prawicy Srebrnika.
- A teraz minuta ciszy dla dwunastu poległych Magów Kręgu... - łysy łeb przemówił melodyjnym głosem. Zaraz... to Magowie nie żyją? Co mogło kotłować się w głowach zebranych?
[Ari, oprócz pieczenia pojawiła się swędząca wysypka...]
┌∩┐(◣_◢)┌∩┐ Pjerdl życie, odpisz w sesji! ┌∩┐(◣_◢)┌∩┐
And if you won't...


Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Zrozumiawszy - jak mu się wydawało - aluzję w postaci prychnięcia, znaczącą mniej więcej tyle co "nie odzywaj się więcej", mężczyzna dziarskim krokiem wszedł do pałacu. Jeszcze zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć, skinął nieznacznie, choć zauważalnie, głową, w geście przywitania, zwracając się, oczywiście, do Sylveranda.
Podrażnione ramię piekło coraz mocniej. Starał się nie zwracać na nie uwagi, ale, jak każda rana, było w niej coś, co nakazywało spojrzeć, rozmasować, podrapać... i zapewne przez to podrażnienie zaowocowało teraz cudowną, czerwoniutką wysypką. Spokojnie, byle nie rozdrapać...
Raczej nie uwierzył w to, co powiedział Pan Luster. Osoba, która objawia się głównie jako odbicia, jako zjawa, nie mogła być godna zaufania.
Nigdy nie ufaj magom, powiedział mu kiedyś Orthoklaz, wskazując na swojego bliźniaka, Koruntha. Kłamał. Sam nieskończenie ufał swemu bratu.
Ale może była w tym choćby krztyna prawdy?
Głos, którym Pan Luster wspomniał o śmierci swych - jakby nie patrzeć - towarzyszy, był zbyt odbarwiony, wyuczony, by mogły się w nim zawierać emocje związane z taką sytuacją. Kto jak kto, ale Etthka mógł śmiało się wypowiedzieć na ten temat.
Mógł, ale tego nie zrobił. Nie widział sensu. Jeśli to było kłamstwo, nie dał mu się zwieść. Jeśli mówił prawdę, żadne słowa nie ukoją takiej straty, niezależnie od tego, jak głęboko Pan Luster nie ukryłby swych prawdziwych emocji. Naturalnie, o ile w ogóle je posiadał.
Nie drap tego. Swąd stawał się nieznośny, ból emanował nieznośnym, zachęcającym do rozdrapania, rozmasowania... będzie lżej, milej - ale tylko na chwilę. Potem uczucie nie do wytrzymania powróci po dwakroć.
Ostatni z Siedmiu spojrzał na Sylveranda, Pana Luster, Mistrza Odbić, Maga Kręgu - właśnie pod kątem czy on może mieć emocje? To nie było ważne, bo niezależnie od tego, jakim człowiekiem on był, było już zbyt późno na wycofanie się z misji.
O której szczegółach chętnie by usłyszał. Już. Teraz. Zaraz.
Dlatego ustawił się nieco z tyłu, nieco z boku i po prostu czekał na to, co zaraz się stanie. Bez słowa, bez kolejnych gestów. I bez drapania.
Podrażnione ramię piekło coraz mocniej. Starał się nie zwracać na nie uwagi, ale, jak każda rana, było w niej coś, co nakazywało spojrzeć, rozmasować, podrapać... i zapewne przez to podrażnienie zaowocowało teraz cudowną, czerwoniutką wysypką. Spokojnie, byle nie rozdrapać...
Raczej nie uwierzył w to, co powiedział Pan Luster. Osoba, która objawia się głównie jako odbicia, jako zjawa, nie mogła być godna zaufania.
Nigdy nie ufaj magom, powiedział mu kiedyś Orthoklaz, wskazując na swojego bliźniaka, Koruntha. Kłamał. Sam nieskończenie ufał swemu bratu.
Ale może była w tym choćby krztyna prawdy?
Głos, którym Pan Luster wspomniał o śmierci swych - jakby nie patrzeć - towarzyszy, był zbyt odbarwiony, wyuczony, by mogły się w nim zawierać emocje związane z taką sytuacją. Kto jak kto, ale Etthka mógł śmiało się wypowiedzieć na ten temat.
Mógł, ale tego nie zrobił. Nie widział sensu. Jeśli to było kłamstwo, nie dał mu się zwieść. Jeśli mówił prawdę, żadne słowa nie ukoją takiej straty, niezależnie od tego, jak głęboko Pan Luster nie ukryłby swych prawdziwych emocji. Naturalnie, o ile w ogóle je posiadał.
Nie drap tego. Swąd stawał się nieznośny, ból emanował nieznośnym, zachęcającym do rozdrapania, rozmasowania... będzie lżej, milej - ale tylko na chwilę. Potem uczucie nie do wytrzymania powróci po dwakroć.
Ostatni z Siedmiu spojrzał na Sylveranda, Pana Luster, Mistrza Odbić, Maga Kręgu - właśnie pod kątem czy on może mieć emocje? To nie było ważne, bo niezależnie od tego, jakim człowiekiem on był, było już zbyt późno na wycofanie się z misji.
O której szczegółach chętnie by usłyszał. Już. Teraz. Zaraz.
Dlatego ustawił się nieco z tyłu, nieco z boku i po prostu czekał na to, co zaraz się stanie. Bez słowa, bez kolejnych gestów. I bez drapania.
Grunt to szczerość (wyrwane z kontekstu, ale co tam)...
Przeze mnie droga w wiekuiste męki
Przeze mnie droga w naród zatracenia (...)
Ty, który wchodzisz
Żegnaj się z nadzieją..."
"Przeze mnie droga w miasto utrapieniaHju wrote:Ja tu modem nie jestem, Fen. Czasem tak bana strzele tylko...
Przeze mnie droga w wiekuiste męki
Przeze mnie droga w naród zatracenia (...)
Ty, który wchodzisz
Żegnaj się z nadzieją..."
Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Dziadyga nie był więc typem miłego staruszka, pykającego fajeczkę, opowiadającego historie i w razie potrzeby ratującego cię przed demonem. Wręcz przeciwnie. Runiczny miał dziwne przeczucie, że gdyby jakiegoś spotkali, łysol jeszcze zagrzewałby go do boju.
Tyle dobrego, że Falibor niespecjalnie zwrócił na siebie uwagę Rhazaala. Milczenie jest złotem, jak powiadają. I choć raczej nikt za nie nie płacił, nie kończyło się przynajmniej stopionym naramiennikiem czy zgnojeniem. Wojak poszedł więc za Dziadem do pałacu w milczeniu.
W środku powitał go przyjemny chłód, mnóstwo kryształów i szkło. Gospodarz miał wyraźną obsesję na punkcie tego ostatniego. Sam siedział na szklanym tronie - pięknym, choć pewnie wyjątkowo niewygodnym siedzisku. Kiedy się jednak zbliżyli do Srebrnej Dłoni, na jego twarzy nie widać śladu zmęczenia tym oryginalnym fotelem. Falibor, natychmiast po zatrzymaniu się przed Władcą Luster, wbił wzrok w posadzkę, tak w geście szacunku. Z tak potężnymi istotami jak Mistrz Iluzji było trochę jak z dzikimi zwierzętami - lepiej było ich nie drażnić gapieniem się, bo mogło skończyć się to nieprzyjemnie.
Nie było mu dane podziwiać posadzki pałacu zbyt długo. Raptownie poderwał wzrok, kiedy usłyszał o śmierci magów Kręgu. Choć w głosie Srebrnej Dłoni nie było śladu emocji, Faliborowi nie zdawało się, by ten żartował. A to oznaczało kłopoty, bo było oczywiste, że jeśli magowie faktycznie nie żyli, to zlecenie od Władcy Luster musiało być powiązane z ich śmiercią.
Chętnie by zadał parę pytań. Jak zginęli? Dlaczego oni, a nie Srebrna Dłoń? Czego chciał od nich Władca Luster? Za ile? Nie wypowiedział ich jednak na głos - czekał, aż udzieli odpowiedzi z własnej inicjatywy.
Tyle dobrego, że Falibor niespecjalnie zwrócił na siebie uwagę Rhazaala. Milczenie jest złotem, jak powiadają. I choć raczej nikt za nie nie płacił, nie kończyło się przynajmniej stopionym naramiennikiem czy zgnojeniem. Wojak poszedł więc za Dziadem do pałacu w milczeniu.
W środku powitał go przyjemny chłód, mnóstwo kryształów i szkło. Gospodarz miał wyraźną obsesję na punkcie tego ostatniego. Sam siedział na szklanym tronie - pięknym, choć pewnie wyjątkowo niewygodnym siedzisku. Kiedy się jednak zbliżyli do Srebrnej Dłoni, na jego twarzy nie widać śladu zmęczenia tym oryginalnym fotelem. Falibor, natychmiast po zatrzymaniu się przed Władcą Luster, wbił wzrok w posadzkę, tak w geście szacunku. Z tak potężnymi istotami jak Mistrz Iluzji było trochę jak z dzikimi zwierzętami - lepiej było ich nie drażnić gapieniem się, bo mogło skończyć się to nieprzyjemnie.
Nie było mu dane podziwiać posadzki pałacu zbyt długo. Raptownie poderwał wzrok, kiedy usłyszał o śmierci magów Kręgu. Choć w głosie Srebrnej Dłoni nie było śladu emocji, Faliborowi nie zdawało się, by ten żartował. A to oznaczało kłopoty, bo było oczywiste, że jeśli magowie faktycznie nie żyli, to zlecenie od Władcy Luster musiało być powiązane z ich śmiercią.
Chętnie by zadał parę pytań. Jak zginęli? Dlaczego oni, a nie Srebrna Dłoń? Czego chciał od nich Władca Luster? Za ile? Nie wypowiedział ich jednak na głos - czekał, aż udzieli odpowiedzi z własnej inicjatywy.
Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Szybko pożałowała, że zadała pytanie. Szczęściem w nieszczęściu (dla niej), najgorsza wersja reprymendy starego spadła na innego runicznego, który nie tylko nie potrafił utrzymać języka za zębami, ale dodatkowo jeszcze chyba należał do gatunku "najpierw mówię, potem myślę". Ze zgrozą obserwowała, co stało się z solidną zbroją wojownika. Mimowolnie zerknęła na swój naramiennik. Horrory nie słynęły z odporności na magię.
Kiedy Rhazaal odwrócił się, by z kolei zgnoić i ją, Evanesca z trudem zmusiła się do dalszego siedzenia w spokoju. Nie zamierzała pozwolić, by staruch zrobił jej krzywdę, w głowie miała już gotowe zaklęcie, które szybko by go powstrzymało. Ku jej zdziwieniu, pierwotna wściekłość uleciała z Dziada i zdobył się jedynie na ociekające pogardą słowa. Evanesca przyjęła je bez cienia jakiejkolwiek skruchy. Zadała rozsądne pytanie.
Ruszyła za resztą runicznych, spychając irytację w głąb świadomości. Zadowoliła się jedynie obietnicą, że przy kolejnej tego typu sytuacji podpali Dziadowi brodę.
Przekroczywszy próg domu Mistrza Luster nie mogła się powstrzymać przed zerknięciem na wspaniałe ozdoby ze szkła. Choć była w tym miejscu niezliczoną ilość razy, nigdy nie mogła w pełni przyzwyczaić się do tej komnaty. Lustra wszelkich możliwych rozmiarów dawały paranoiczne wrażenie bycia obserwowanym. Posągi zdawały się poruszać martwymi oczami.
Wrażenie było oszałamiające.
Na samym końcu, rozparty na szklanym tronie, siedział Mistrz. Evanesca ledwie skłoniła głowę na powitanie, ale nie zrobiła nic ponad to. Nigdy nie robiła. Zadowolony z siebie demoniczny staruszek zajął miejsce po prawicy maga. Dziewczyna przez chwilę przypatrywała się mu, ale dość szybko skierowała uwagę na Mistrza. Czekała cierpliwie, aż raczy wyjaśnić swoje plany.
- A teraz minuta ciszy dla dwunastu poległych Magów Kręgu... - rozległ się ten sam głos, który słyszała od kilku dziesięcioleci, jako runiczna magini.
Evanesca prychnęła w duchu. Wolała się nie odzywać, nie tym razem. Z jej twarzy można jednak było odczytać szczere zainteresowanie. Ale, do czegokolwiek zmierzał Sylwerand, nie zapowiadało to niczego przyjemnego. Magowie od wieków knuli przeciwko sobie, dawna idea Kręgu szybko się gdzieś zgubiła. Spędziła wiele czasu na badaniu ich pobudek, a także celów Sylweranda. Wątpiła by bez żadnego powodu dwunastka najpotężniejszych magów jakich nosił ten świat nagle padła trupem.
Ale to przecież niedorzeczne, żeby Mistrz Luster...
Kiedy Rhazaal odwrócił się, by z kolei zgnoić i ją, Evanesca z trudem zmusiła się do dalszego siedzenia w spokoju. Nie zamierzała pozwolić, by staruch zrobił jej krzywdę, w głowie miała już gotowe zaklęcie, które szybko by go powstrzymało. Ku jej zdziwieniu, pierwotna wściekłość uleciała z Dziada i zdobył się jedynie na ociekające pogardą słowa. Evanesca przyjęła je bez cienia jakiejkolwiek skruchy. Zadała rozsądne pytanie.
Ruszyła za resztą runicznych, spychając irytację w głąb świadomości. Zadowoliła się jedynie obietnicą, że przy kolejnej tego typu sytuacji podpali Dziadowi brodę.
Przekroczywszy próg domu Mistrza Luster nie mogła się powstrzymać przed zerknięciem na wspaniałe ozdoby ze szkła. Choć była w tym miejscu niezliczoną ilość razy, nigdy nie mogła w pełni przyzwyczaić się do tej komnaty. Lustra wszelkich możliwych rozmiarów dawały paranoiczne wrażenie bycia obserwowanym. Posągi zdawały się poruszać martwymi oczami.
Wrażenie było oszałamiające.
Na samym końcu, rozparty na szklanym tronie, siedział Mistrz. Evanesca ledwie skłoniła głowę na powitanie, ale nie zrobiła nic ponad to. Nigdy nie robiła. Zadowolony z siebie demoniczny staruszek zajął miejsce po prawicy maga. Dziewczyna przez chwilę przypatrywała się mu, ale dość szybko skierowała uwagę na Mistrza. Czekała cierpliwie, aż raczy wyjaśnić swoje plany.
- A teraz minuta ciszy dla dwunastu poległych Magów Kręgu... - rozległ się ten sam głos, który słyszała od kilku dziesięcioleci, jako runiczna magini.
Evanesca prychnęła w duchu. Wolała się nie odzywać, nie tym razem. Z jej twarzy można jednak było odczytać szczere zainteresowanie. Ale, do czegokolwiek zmierzał Sylwerand, nie zapowiadało to niczego przyjemnego. Magowie od wieków knuli przeciwko sobie, dawna idea Kręgu szybko się gdzieś zgubiła. Spędziła wiele czasu na badaniu ich pobudek, a także celów Sylweranda. Wątpiła by bez żadnego powodu dwunastka najpotężniejszych magów jakich nosił ten świat nagle padła trupem.
Ale to przecież niedorzeczne, żeby Mistrz Luster...
Spoiler:
Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Dziewczyna stała lekko już poddenerwowana. W duszy cieszyła się, że nie zadała żadnego pytania. Staruszek nie wydawał się być miłą personą. Miała nadzieję, że nie będzie musiała z nim dyskutować, czuła bowiem, że owa rozmowa mogłaby skończyć się dla niej niezbyt dobrze.
Ruszyli do domu Mistrza Luster. Znajdowały się tam liczne ozdoby z luster i ze szkła, głównie za szkła. Przyjemny chłód orzeźwił jej przegrzane promieniami ciało. Mimo, że wszędzie emanowało piękno, nie czuła się tu dobrze. Nie rozglądała się zbytnio i nie podziwiała ozdób, które mijali. W końcu dotarli przed tron, na którym siedział Mistrz Iluzji.
Staruszek zatrzymał się i powiedział, coś na temat śmierci magów. Zatkało ją, nie wiedziała kompletnie jak zareagować i co sądzić, o tej informacji. Sylwetkę od razu wyprostowała i wbiła oczy w staruszka. Nie miała zamiaru nic mówić. Po chwili uspokoiła się i stwierdziła, że w końcu będzie mogła, coś zrobić, a nie siedzieć bezczynnie i ćwiczyć. Zaciekawiło ją jak zginęli i dlaczego i na czym ma polegać ich misja. Stała spokojnie i czekała na dalsze informacje.
Ruszyli do domu Mistrza Luster. Znajdowały się tam liczne ozdoby z luster i ze szkła, głównie za szkła. Przyjemny chłód orzeźwił jej przegrzane promieniami ciało. Mimo, że wszędzie emanowało piękno, nie czuła się tu dobrze. Nie rozglądała się zbytnio i nie podziwiała ozdób, które mijali. W końcu dotarli przed tron, na którym siedział Mistrz Iluzji.
Staruszek zatrzymał się i powiedział, coś na temat śmierci magów. Zatkało ją, nie wiedziała kompletnie jak zareagować i co sądzić, o tej informacji. Sylwetkę od razu wyprostowała i wbiła oczy w staruszka. Nie miała zamiaru nic mówić. Po chwili uspokoiła się i stwierdziła, że w końcu będzie mogła, coś zrobić, a nie siedzieć bezczynnie i ćwiczyć. Zaciekawiło ją jak zginęli i dlaczego i na czym ma polegać ich misja. Stała spokojnie i czekała na dalsze informacje.
Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Zwyczajnie nie chciałem, żeby ta kobieta była jedyną osobą, która odważyła się zapytać co tu nie tak. Jednak to na mnie spadła reprymenda Dziada i dodatkowo stopił mi kawałek naramiennika. Wolałem nie pogarszać już sytuacji, więc skinąłem lekko głową, na znak, że zrozumiałem aluzję. Od tamtej pory wiedziałem, ze lepiej uważać co się do niego mówi, bo miłym staruszkiem nie jest... Wracając - po chwili odwrócił się do magini, popatrzył tylko na nią, aż ta ze strachu zaczęła spoglądać na swój naramiennik, ale wyglądało na to, że gniew z niego już uleciał. Następnie otworzył drzwi do rezydencji Mistrza Lustera. Wszyscy weszliśmy za nim. Widok był niezwykły, wszędzie było pełno szkła, a on sam siedział na szklanym tronie - jakby miał na tym punkcie obsesję. Dziwne było to, że nie czuł on zmęczenia siedząc tam. Podążyliśmy za Dziadem przed oblicze Mistrza, ale to co usłyszałem po prostu mną wstrząsnęło. Dwunastu Magów Kręgu nie żyje? Tak nagle? Po prostu nie mogłem w to wierzyć, jednak mimo, że mówił to on bez przejęcia, to brzmiało dosyć wiarygodnie. Wolałem zachować ciszę, jednak wciąż ciekawiło mnie, z jakiego powodu zostaliśmy tutaj wezwani i co ma wspólnego z nami ich śmierć. Czekałem na to co będzie dalej...
Last edited by Bezix on Mon, 18 Jun 2012, 15:03, edited 5 times in total.
Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
- I po co się odzywałeś? - pomyślałem patrząc na spóźnionego na spotkanie wojownika - Ją jeszcze rozumiem - Tu spojrzałem na ubraną w pancerz z dziwnego materiału wojowniczkę - Widać że jest dziarska i ani trochę się nie przejęła reprymendą Dziada.
- Co do samego Staruszka... - Spojrzałem przez chwilę na dziada, a następnie szybko odwróciłem wzrok w obawie o naramienniki - Trochę inaczej go zapisałem w pamięci... Może po prostu elfickie ziele tak nań działa....
- Ten gość ze spalonym naramiennikiem może i ma teraz lekkie braki w swojej garderobie ale gadany nie można mu odmówić...
I odwagi. - Tu zerknąłem na owego człeka który przed chwilą odezwał się do Dziadygi w taki sposób w jaki ja nie odważyłbym się pisnąć słówka, przynajmniej nie w takiej sytuacji... Znów zerknąwszy na Staruszka powstrzymywałem się od zbędnych pytań.
Po chwili Dziadek kazał nam iść wraz ze sobą do Lustrzanego Pałacu - Siedziby i domu mojego pana Mistrza Luster, który nie oszczędzał w środkach przy budowie owego obiektu. Wszędzie najwyższej klasy lustra odbijające wszystko wkoło tak, jakby miały być wzrokiem samego Sylweranda który zdawał się obserwować każdy nasz ruch osobnym z milionów luster...
Piękna krasnoludzka robota - powiedziałem cicho od razu ukrywając wzrok przed Dziadem...
Po krótkiej przechadzce w pałacu doszliśmy przed oblicze samego Sylweranda, "Srebrnej Dłoni" - Maga Kręgu, Jednego z Trzynastu... Pokazując się przed jego obliczem skłoniłem się wzrok swój skierowałem na posadzkę która była równie intrygująca co reszta budynku.
Choć pierwsze słowa Maga zaprzeczały temu co przed sekundą przechodziło mi przez myśl...
- Magowie Kręgu... Nie żyją? Nie, tu coś musi być nie tak... Nie wierzę by Magowie Kręgu tak nagle zginęli... Razem, wszyscy...
Coś tu nie gra, nie wiem jeszcze co... Ale Sylwerand coś tu kręci - Po tej myśli oderwałem wzrok od mistrza i skierowałem go na lustra które nadal nie dawały mi spokoju...
- Co do samego Staruszka... - Spojrzałem przez chwilę na dziada, a następnie szybko odwróciłem wzrok w obawie o naramienniki - Trochę inaczej go zapisałem w pamięci... Może po prostu elfickie ziele tak nań działa....
- Ten gość ze spalonym naramiennikiem może i ma teraz lekkie braki w swojej garderobie ale gadany nie można mu odmówić...
I odwagi. - Tu zerknąłem na owego człeka który przed chwilą odezwał się do Dziadygi w taki sposób w jaki ja nie odważyłbym się pisnąć słówka, przynajmniej nie w takiej sytuacji... Znów zerknąwszy na Staruszka powstrzymywałem się od zbędnych pytań.
Po chwili Dziadek kazał nam iść wraz ze sobą do Lustrzanego Pałacu - Siedziby i domu mojego pana Mistrza Luster, który nie oszczędzał w środkach przy budowie owego obiektu. Wszędzie najwyższej klasy lustra odbijające wszystko wkoło tak, jakby miały być wzrokiem samego Sylweranda który zdawał się obserwować każdy nasz ruch osobnym z milionów luster...
Piękna krasnoludzka robota - powiedziałem cicho od razu ukrywając wzrok przed Dziadem...
Po krótkiej przechadzce w pałacu doszliśmy przed oblicze samego Sylweranda, "Srebrnej Dłoni" - Maga Kręgu, Jednego z Trzynastu... Pokazując się przed jego obliczem skłoniłem się wzrok swój skierowałem na posadzkę która była równie intrygująca co reszta budynku.
Choć pierwsze słowa Maga zaprzeczały temu co przed sekundą przechodziło mi przez myśl...
- Magowie Kręgu... Nie żyją? Nie, tu coś musi być nie tak... Nie wierzę by Magowie Kręgu tak nagle zginęli... Razem, wszyscy...
Coś tu nie gra, nie wiem jeszcze co... Ale Sylwerand coś tu kręci - Po tej myśli oderwałem wzrok od mistrza i skierowałem go na lustra które nadal nie dawały mi spokoju...
-
Tallos
- Łupieżca tematów
- Posts: 220
- Postać w RPG: Faern Liom
- Location: Zawsze tam gdzie się nie spodziewasz.
Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Patrzyłem dalej w posadzkę. W duchu cieszyłem się, że nie zadałem pytań brodatemu mężczyźnie, gdyż pewnie skończyłbym źle. Nauczkę dostał ostatni z przybyłych, który wydawał się bardzo ciekawski. Rhazaal dość kulturalnie przekazał mu, że w tym momencie powinien się nie odzywać tak jak na przykład ja. By było jeszcze ciekawiej położył mu swoją rękę na barku. Momentalnie ta część jego zbroi została stopiona.
W tym momencie wiedziałem, że w towarzystwie tego staruszka trzeba będzie się zachowywać rozsądnie. Każdy mój wybryk będzie pewnie karany.
Gdy już dał nauczkę mężczyźnie, odezwał się do kobiety, która jeszcze wcześniej postawiła swoje pytania dotyczące zebrania. Na szczęście tej nic nie zrobił, tylko upomniał, że nie powinna w ogóle się odzywać. Później zaprowadził nas do Pałacu Mistrz Luster. W środku było dość chłodno, a prawie wszystko było wykonane ze szkła. Zrobiło to na mnie wrażenie. Jeszcze nigdy tutaj nie byłem. Zastaliśmy nawet Srebrną Dłoń, który siedział sobie spokojnie na swoim kryształowym tronie. Brodacz stanął po prawicy Sylweranda.
W końcu usłyszałem przerażającą informację, otóż dwunastu magów kręgu rzekomo nie żyje. Ale dlaczego? Kto to zrobił? Czyżby Mistrz Luster coś szykował? Byłem zdumiony tą wiadomością, nic gorszego to już chyba nas nie spotka. Skoro magowie kręgu zginęli, to dlaczego Srebrna Dłoń zachowuje się tak spokojnie, przecież oni na pewno byli jego przyjaciółmi. Coś mi mówiło, że to nie do końca jest prawdą, ale podjąłem decyzję uszanowania sytuacji. Skinąłem głową i postanowiłem dalej się nie odzywać. Pozostali zrobili to samo. Nawet ta kobieta, która zadała wcześniej pytanie i wojownik, który dostał za swoje, także milczeli. Wszyscy wydawali się być przejęci tak jak ja..
W tym momencie wiedziałem, że w towarzystwie tego staruszka trzeba będzie się zachowywać rozsądnie. Każdy mój wybryk będzie pewnie karany.
Gdy już dał nauczkę mężczyźnie, odezwał się do kobiety, która jeszcze wcześniej postawiła swoje pytania dotyczące zebrania. Na szczęście tej nic nie zrobił, tylko upomniał, że nie powinna w ogóle się odzywać. Później zaprowadził nas do Pałacu Mistrz Luster. W środku było dość chłodno, a prawie wszystko było wykonane ze szkła. Zrobiło to na mnie wrażenie. Jeszcze nigdy tutaj nie byłem. Zastaliśmy nawet Srebrną Dłoń, który siedział sobie spokojnie na swoim kryształowym tronie. Brodacz stanął po prawicy Sylweranda.
W końcu usłyszałem przerażającą informację, otóż dwunastu magów kręgu rzekomo nie żyje. Ale dlaczego? Kto to zrobił? Czyżby Mistrz Luster coś szykował? Byłem zdumiony tą wiadomością, nic gorszego to już chyba nas nie spotka. Skoro magowie kręgu zginęli, to dlaczego Srebrna Dłoń zachowuje się tak spokojnie, przecież oni na pewno byli jego przyjaciółmi. Coś mi mówiło, że to nie do końca jest prawdą, ale podjąłem decyzję uszanowania sytuacji. Skinąłem głową i postanowiłem dalej się nie odzywać. Pozostali zrobili to samo. Nawet ta kobieta, która zadała wcześniej pytanie i wojownik, który dostał za swoje, także milczeli. Wszyscy wydawali się być przejęci tak jak ja..
Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Wyglądało na to, że odczucia co do rzekomej śmierci pozostałych Magów Kręgu były różne. Trudno się dziwić. W przestronnej sali znajdowało się teraz wiele postaci o różniących się od siebie charakterach, życiowym doświadczeniu. Wszyscy próbowali zrozumieć co kryje się za słowami Mistrza Luster, takoż i Dziadyga wwiercał się odsłoniętym okiem we wnętrzności siedmiu Runicznych Wojowników, zdawałoby się... gdyby któryś z nich spróbował się mu w tym momencie odwdzięczyć, poczułby tę przytłaczającą ciężkość spojrzenia ślepia bez tęczówki.
Minuta dłużyła się śmiertelnie, a Sylwerand oczekiwał prawdopodobnie jakiegoś cudu. Nikt się nie odezwał... to dobrze. W końcu polegli zasługują na szacunek, czyż nie?
- Nie jesteście w stanie pojąć ogromu rozpaczy, która niszczy mą duszę, od kiedy wiadomość o śmierci dwunastu najpotężniejszych czarowników, a co ważniejsze przyjaciół, dotarła do moich uszu. Nie zebrałem was tu jednak po to, by pełnić rolę wieszcza. Na mocy kodeksu spisanego dwieście osiemdziesiąt lat temu w dniu przesilenia letniego, zwalniam was z obowiązku służby memu majestatowi. Każdy zaś zdecydowany na zakończenie swej wiecznej tułaczki zostanie uhonorowany zerwaniem żelaznych więzi z runiczną mocą - Władca Iluzji tchnął w te słowa taką moc i potęgę, że zdawały się bębnić w uszach zebranych na długo po tym, jak zakończył mówić. A może to po prostu treść? Oferta nowego, normalnego życia to było coś, o czym każdy niewolnik zawsze marzył. Koniec? Skądże! Właśnie miały nadejść złe wieści... - To ostatnie zadanie, jakiego się dla mnie podejmiecie. Przechodząc przez magiczny portal, cofniecie się na niciach czasu i nie dopuścicie do upadku Kręgu.
Wszystko jasne... wystarczyło tylko pokonać zagrożenie, które odebrało życie absurdalnie silnym magikom, nic wielkiego, prawda? Dziad nie wydawał się przejmować żadną z rzeczy, jaką przed chwilą usłyszał. Bardziej interesował go Thomas. W chwili gdy inni radzili sobie właśnie z napływem emocji, Iberin kiwnięciem głowy "poprosił" Eve, by odeszła z nim na bok.
- Idź do wschodniej komnaty. Dobrze ją znasz, nie raz w niej przebywałaś. Weź tego półnagiego czubka ze sobą i opatrz mu bark. Wykwity zasyp sproszkowaną arią i mieszanką ze soli słodko-kwaśnej oraz wydzieliny z dowolnego smokowca w stosunku trzy do jednego. Potem... nie wiem, zabandażuj, czy coś... Ominie Cię durne pierdolenie tego szklanego popaprańca. Poza tym, nie wyruszymy dopóki wszyscy nie będą w pełni sił. Już, zmykaj! - pchnął ją delikatnie laską w kierunku Etthki, nawet nie fatygując się o słowa typu "będę wdzięczny" lub inne podobne. Ba! Produkując się o egzotycznych ingrediencjach i szlachetnej chęci pomocy, robił to w paskudnie bezuczuciowy sposób, zaprzeczając, jakoby faktycznie dbał o drużynę. Chociaż... czyżby kolejna gierka Starego Dziadygi?
Srebrnik nareszcie powstał na równe nogi (dupsko jego eminencji zdrętwiało, bowiem nie wymienił go jeszcze na kryształowy odpowiednik) i przeszedł parę kroków w kierunku wybranego pomnika... powróciwszy do akcji Rhazaal szturchnął łysola w ramię, szepcząc niezrozumiałe słowa...
Ładnie, pięknie. Tylko co dalej?
Minuta dłużyła się śmiertelnie, a Sylwerand oczekiwał prawdopodobnie jakiegoś cudu. Nikt się nie odezwał... to dobrze. W końcu polegli zasługują na szacunek, czyż nie?
- Nie jesteście w stanie pojąć ogromu rozpaczy, która niszczy mą duszę, od kiedy wiadomość o śmierci dwunastu najpotężniejszych czarowników, a co ważniejsze przyjaciół, dotarła do moich uszu. Nie zebrałem was tu jednak po to, by pełnić rolę wieszcza. Na mocy kodeksu spisanego dwieście osiemdziesiąt lat temu w dniu przesilenia letniego, zwalniam was z obowiązku służby memu majestatowi. Każdy zaś zdecydowany na zakończenie swej wiecznej tułaczki zostanie uhonorowany zerwaniem żelaznych więzi z runiczną mocą - Władca Iluzji tchnął w te słowa taką moc i potęgę, że zdawały się bębnić w uszach zebranych na długo po tym, jak zakończył mówić. A może to po prostu treść? Oferta nowego, normalnego życia to było coś, o czym każdy niewolnik zawsze marzył. Koniec? Skądże! Właśnie miały nadejść złe wieści... - To ostatnie zadanie, jakiego się dla mnie podejmiecie. Przechodząc przez magiczny portal, cofniecie się na niciach czasu i nie dopuścicie do upadku Kręgu.
Wszystko jasne... wystarczyło tylko pokonać zagrożenie, które odebrało życie absurdalnie silnym magikom, nic wielkiego, prawda? Dziad nie wydawał się przejmować żadną z rzeczy, jaką przed chwilą usłyszał. Bardziej interesował go Thomas. W chwili gdy inni radzili sobie właśnie z napływem emocji, Iberin kiwnięciem głowy "poprosił" Eve, by odeszła z nim na bok.
- Idź do wschodniej komnaty. Dobrze ją znasz, nie raz w niej przebywałaś. Weź tego półnagiego czubka ze sobą i opatrz mu bark. Wykwity zasyp sproszkowaną arią i mieszanką ze soli słodko-kwaśnej oraz wydzieliny z dowolnego smokowca w stosunku trzy do jednego. Potem... nie wiem, zabandażuj, czy coś... Ominie Cię durne pierdolenie tego szklanego popaprańca. Poza tym, nie wyruszymy dopóki wszyscy nie będą w pełni sił. Już, zmykaj! - pchnął ją delikatnie laską w kierunku Etthki, nawet nie fatygując się o słowa typu "będę wdzięczny" lub inne podobne. Ba! Produkując się o egzotycznych ingrediencjach i szlachetnej chęci pomocy, robił to w paskudnie bezuczuciowy sposób, zaprzeczając, jakoby faktycznie dbał o drużynę. Chociaż... czyżby kolejna gierka Starego Dziadygi?
Srebrnik nareszcie powstał na równe nogi (dupsko jego eminencji zdrętwiało, bowiem nie wymienił go jeszcze na kryształowy odpowiednik) i przeszedł parę kroków w kierunku wybranego pomnika... powróciwszy do akcji Rhazaal szturchnął łysola w ramię, szepcząc niezrozumiałe słowa...
Ładnie, pięknie. Tylko co dalej?
┌∩┐(◣_◢)┌∩┐ Pjerdl życie, odpisz w sesji! ┌∩┐(◣_◢)┌∩┐
And if you won't...


Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Mistrz Luster był Mistrzem Iluzji. Przemówienia, to jego specjalność. W jego głosie niemal słychać było ową bezbrzeżną rozpacz po stracie "przyjaciół". Evanesca była skłonna mu uwierzyć, gdyby nie podszepty jej umysłu. Ogólnie rzecz biorąc, należała do osób raczej sceptycznych, zwłaszcza, jeśli chodzi o podobne rewelacje. Nawet gdyby pokazał im zwłoki, Ev na samym początku dopatrywała by sie iluzji. Dlatego teraz z trudem powstrzymała się od parsknięcia śmiechem. Zerknęła dyskretnie na pozostałych, ale nikt się nie odezwał.
Sceptycyzm z jej twarzy zniknął jak kamfora, gdy usłyszała dalszą część wypowiedzi Sylveranda. Dotknął tej części jej jestestwa, która od dawna stanowiła jej czuły punkt. Evanesca marzyła o wolności - a gdyby Krąg rzeczywiście przestał istnieć...
Zaraz, chwila.
Cofnięcie się w niciach czasu? Zagrożenie dla Kręgu? Evanesca otrzeźwiała w jednej chwili. Taka wyprawa to samobójstwo, a raczej coś gorszego. Igranie z czasem to najgorszy z najgorszych pomysłów, na jaki mógł wpaść mag Kręgu. Rozjrzała się po pozostałych runicznych i natrafiła na spoglądającego na nią... Dziada. Mimo, że jego oczy były jedynie mlecznobiałymi kulkami bez wyrazu, wiedziała że patrzy właśnie na nią. Skinął na nią głową, ewidentnie wzywając do siebie.
Zaintrygowana, a jednocześnie wzburzona machinacjami Srebrnej Dłoni, ruszyła ku Rhaazalowi, nie oglądając się na pozostałych.
W pierwszej chwili zareagowała dość impulsywnie. Potraktowała to przede wszystkim jako celowe odsuwanie jej od informacji na temat misji, a przez to od obeznania w sytuacji. Pohamowała się jednak w porę - może jednak dowie się czegoś więcej później, nie będąc zmuszoną do wysłuchiwania popisów retoryka. Przyrzekła sobie, że nie zapyta o to nikogo niższego rangą od Dziada.
Skinęła dyskretnie ręką na "półnagiego czubka" by szedł za nią. Ruszyli razem w kierunku wschodniego skrzydła. Istotnie, w miejscu w którym dotknął go brodacz widniała paskudnie wyglądająca wysypka. Przypomniawszy sobie stopiony naramiennik wojaka, uznała że młodzieniec naprawdę miał dużo szczęścia. Na pierwszy rzut oka wydawał się mniej więcej w jej wieku. Oczywiście, tylko z wyglądu. Runiczni nie podlegali procesom starzenia się, równie dobrze mógł mieć sto lub dwadzieścia lat.
Trafili do niewielkiego, ciemnego pomieszczenia o wszystkich ścianach obstawionych szafkami i półkami. Pośrodku stał nieduży, wyszorowany do szarości drewniany stolik. W powietrzu unosił się ostry zapach chemikaliów i ziół, których pęczki zwisały z sufitu. Było tu dość chłodno, a jedyne małe okno, wysoko w ścianie, było szczelnie zamknięte.
- Jestem Evanesca Irenvire. Dzia... Rhazaal polecił mi doprowadzenie twojego ramienia do normalnego stanu - powiedziała dziewczyna i zabrała się do poszukiwania ingrediencji. Pokonując niewielkie problemy spowodowane wysokością półek, dobrała się do naczynia z zestaloną arią, słoika z solą którą Dziad nazwał "słodko-kwaśną" (Co mu strzeliło do głowy by brać to do ust?) oraz do niewielkiej fiolki wypełnionej żółtawym płynem, opatrzoną przezornie nalepką "Nie spożywać". Wygrzebała z szafki niewielką ceramiczną miskę, wsypała doń trochę soli i kilkanaście kropel żółtawego płynu.
Evanesca odstawiła miskę na stół. Następnie zdjęła z dłoni rękawice i odpięła przy łokciach rękawy szaty. Odłożyła wszystko na bok i podeszła do nieznajomego. Zdała sobie sprawę, że dzisiaj widzi go chyba po raz pierwszy w życiu.
Wysypka naprawdę wyglądała źle, ale gdy zasypała zmiany arią, zaczerwienienie jakby trochę zelżało. Czekając na dalszy efekt, poszła sprawdzić co dzieje się z mieszanką w misce.
Sceptycyzm z jej twarzy zniknął jak kamfora, gdy usłyszała dalszą część wypowiedzi Sylveranda. Dotknął tej części jej jestestwa, która od dawna stanowiła jej czuły punkt. Evanesca marzyła o wolności - a gdyby Krąg rzeczywiście przestał istnieć...
Zaraz, chwila.
Cofnięcie się w niciach czasu? Zagrożenie dla Kręgu? Evanesca otrzeźwiała w jednej chwili. Taka wyprawa to samobójstwo, a raczej coś gorszego. Igranie z czasem to najgorszy z najgorszych pomysłów, na jaki mógł wpaść mag Kręgu. Rozjrzała się po pozostałych runicznych i natrafiła na spoglądającego na nią... Dziada. Mimo, że jego oczy były jedynie mlecznobiałymi kulkami bez wyrazu, wiedziała że patrzy właśnie na nią. Skinął na nią głową, ewidentnie wzywając do siebie.
Zaintrygowana, a jednocześnie wzburzona machinacjami Srebrnej Dłoni, ruszyła ku Rhaazalowi, nie oglądając się na pozostałych.
W pierwszej chwili zareagowała dość impulsywnie. Potraktowała to przede wszystkim jako celowe odsuwanie jej od informacji na temat misji, a przez to od obeznania w sytuacji. Pohamowała się jednak w porę - może jednak dowie się czegoś więcej później, nie będąc zmuszoną do wysłuchiwania popisów retoryka. Przyrzekła sobie, że nie zapyta o to nikogo niższego rangą od Dziada.
Skinęła dyskretnie ręką na "półnagiego czubka" by szedł za nią. Ruszyli razem w kierunku wschodniego skrzydła. Istotnie, w miejscu w którym dotknął go brodacz widniała paskudnie wyglądająca wysypka. Przypomniawszy sobie stopiony naramiennik wojaka, uznała że młodzieniec naprawdę miał dużo szczęścia. Na pierwszy rzut oka wydawał się mniej więcej w jej wieku. Oczywiście, tylko z wyglądu. Runiczni nie podlegali procesom starzenia się, równie dobrze mógł mieć sto lub dwadzieścia lat.
Trafili do niewielkiego, ciemnego pomieszczenia o wszystkich ścianach obstawionych szafkami i półkami. Pośrodku stał nieduży, wyszorowany do szarości drewniany stolik. W powietrzu unosił się ostry zapach chemikaliów i ziół, których pęczki zwisały z sufitu. Było tu dość chłodno, a jedyne małe okno, wysoko w ścianie, było szczelnie zamknięte.
- Jestem Evanesca Irenvire. Dzia... Rhazaal polecił mi doprowadzenie twojego ramienia do normalnego stanu - powiedziała dziewczyna i zabrała się do poszukiwania ingrediencji. Pokonując niewielkie problemy spowodowane wysokością półek, dobrała się do naczynia z zestaloną arią, słoika z solą którą Dziad nazwał "słodko-kwaśną" (Co mu strzeliło do głowy by brać to do ust?) oraz do niewielkiej fiolki wypełnionej żółtawym płynem, opatrzoną przezornie nalepką "Nie spożywać". Wygrzebała z szafki niewielką ceramiczną miskę, wsypała doń trochę soli i kilkanaście kropel żółtawego płynu.
Evanesca odstawiła miskę na stół. Następnie zdjęła z dłoni rękawice i odpięła przy łokciach rękawy szaty. Odłożyła wszystko na bok i podeszła do nieznajomego. Zdała sobie sprawę, że dzisiaj widzi go chyba po raz pierwszy w życiu.
Wysypka naprawdę wyglądała źle, ale gdy zasypała zmiany arią, zaczerwienienie jakby trochę zelżało. Czekając na dalszy efekt, poszła sprawdzić co dzieje się z mieszanką w misce.
Spoiler:
Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Półnagi człowiek zdecydowanie nie zasłużył na to, by nazywać go czubkiem - czy to na głos, czy w myślach. Grzecznie i bez słowa oporu (a nawet bez żadnego słowa) poszedł za Evanescą do pokoiku. Bez słowa, bez syknięcia, bez drapania, bez uczuć przyjął na siebie maść. Nie wiedział, czy było to działanie leku, czy tylko mu się wydawało, ale rana wyglądała chyba nieco lepiej. Nawet jeżeli faktycznie mu się zdawało, dziwny lek działał kojąco. Mógł powrócić do trzeźwego myślenia, niezmąconego wracaniem do uciążliwej wysypki.
W tej chwili trzeźwe myślenie kazało mu wziąć w zastanowienie składniki leku.
Nigdy nie ufaj...
A może jej powinien? Nie wyglądała na niegrzeczną dziewczynkę, ale kto by mógł być pewien zamiarów kobiety?
- Mów mi Thomas. - Wychrypiał w końcu, uznając, że czas jego milczenia był nadto długi. - Nie wiem, czy powinienem podziękować tobie, czy Rhazaalowi...
Czegokolwiek mu nie zaaplikowała i niezależnie od tego, czy kazał jej to zrobić Dziad, czy sama miała taki odruch, było już za późno, by zaprotestować. Pozostawało tylko zaczekać i sprawdzić, co stanie się za chwilę.
Postanowił spędzić ten czas na obserwowaniu pani (czy panny?) Irenvire, zawartości miski, w której Evanesca coś babrała oraz własnej rany - w losowym porządku.
W tej chwili trzeźwe myślenie kazało mu wziąć w zastanowienie składniki leku.
Nigdy nie ufaj...
A może jej powinien? Nie wyglądała na niegrzeczną dziewczynkę, ale kto by mógł być pewien zamiarów kobiety?
- Mów mi Thomas. - Wychrypiał w końcu, uznając, że czas jego milczenia był nadto długi. - Nie wiem, czy powinienem podziękować tobie, czy Rhazaalowi...
Czegokolwiek mu nie zaaplikowała i niezależnie od tego, czy kazał jej to zrobić Dziad, czy sama miała taki odruch, było już za późno, by zaprotestować. Pozostawało tylko zaczekać i sprawdzić, co stanie się za chwilę.
Postanowił spędzić ten czas na obserwowaniu pani (czy panny?) Irenvire, zawartości miski, w której Evanesca coś babrała oraz własnej rany - w losowym porządku.
Grunt to szczerość (wyrwane z kontekstu, ale co tam)...
Przeze mnie droga w wiekuiste męki
Przeze mnie droga w naród zatracenia (...)
Ty, który wchodzisz
Żegnaj się z nadzieją..."
"Przeze mnie droga w miasto utrapieniaHju wrote:Ja tu modem nie jestem, Fen. Czasem tak bana strzele tylko...
Przeze mnie droga w wiekuiste męki
Przeze mnie droga w naród zatracenia (...)
Ty, który wchodzisz
Żegnaj się z nadzieją..."
-
Tallos
- Łupieżca tematów
- Posts: 220
- Postać w RPG: Faern Liom
- Location: Zawsze tam gdzie się nie spodziewasz.
Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Minutę ciszy przerwał głos Sylweranda. Srebrna Dłoń powiedział jak wielce jest zmartwiony śmiercią dwunastu magów, będących jego przyjaciółmi. Wypowiedziane zdanie wydawało mi dość przekonujące. Mimo to jakoś nie chciało mi się w to wierzyć. Potęga jednego takiego czarownika jest wielka, a co dopiero moc kilkunastu magów kręgu? Nie, on na pewno coś kombinuje. A może po prostu w duchu cieszy się ze śmierci nieszczęśliwej dwunastki? Obie możliwości wydawały mi się prawdopodobne. Przecież nikt nie wie co takiemu mężczyźnie może siedzieć w głowie.
Kolejne zdanie wypowiedziane przez niego także mnie zdziwiło. Okazało się, że jestem zwolniony ze służby runie! Pomyślałem sobie, że to wprost cudowna wiadomość. Wolność. Tak, chcę poczuć jej smak. Już nie mogę się doczekać. Niestety, jak to zwykle bywa pojawiła się mała przeszkoda. Warunkiem zyskania nowego, wolnego życia jest wykonanie ostatniego zadania. Brzmi to dość prosto, jednak chodzi tutaj o to by przejść przez portal i nie dopuścić do upadku kręgu. I właśnie tutaj sprawy znacząco się skomplikowały. Nigdy nie sądziłem, że zostanę przydzielony do tak zaszczytnej misji. Z drugiej strony jednak może to też być samobójstwo. Skąd mam mieć pewność, że portal działa? No cóż, mam nadzieję, że ostatni z magów wie co robi. Postanowiłem się odezwać i spytać kiedy wyruszymy:
- Dobrze, więc. Tylko kiedy przejdziemy przez ten portal? Czy mamy jeszcze trochę czasu?
Kolejne zdanie wypowiedziane przez niego także mnie zdziwiło. Okazało się, że jestem zwolniony ze służby runie! Pomyślałem sobie, że to wprost cudowna wiadomość. Wolność. Tak, chcę poczuć jej smak. Już nie mogę się doczekać. Niestety, jak to zwykle bywa pojawiła się mała przeszkoda. Warunkiem zyskania nowego, wolnego życia jest wykonanie ostatniego zadania. Brzmi to dość prosto, jednak chodzi tutaj o to by przejść przez portal i nie dopuścić do upadku kręgu. I właśnie tutaj sprawy znacząco się skomplikowały. Nigdy nie sądziłem, że zostanę przydzielony do tak zaszczytnej misji. Z drugiej strony jednak może to też być samobójstwo. Skąd mam mieć pewność, że portal działa? No cóż, mam nadzieję, że ostatni z magów wie co robi. Postanowiłem się odezwać i spytać kiedy wyruszymy:
- Dobrze, więc. Tylko kiedy przejdziemy przez ten portal? Czy mamy jeszcze trochę czasu?
Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Dziewczyna z uwagą przysłuchiwała się słowom Srebrnej Dłoni. "Brzmi on tak przekonywując, pewnie jest w głębokiej rozpaczy. Jeśli jednak w niej nie jest... Cóż nie powinnam się tym zbytnio przejmować. Jego uczucia, jego sprawa w szczególności, jeśli nie dotyczą mnie i nie są mi jakkolwiek pomóc. pomyślała. "Portal ? Mamy się cofnąć w czasie ? Przecież to jest niebezpieczne... reakcja Elley na temat misji początkowo była negatywna. Poczuła strach i nieokreślony żal, że tu przybyła. "W sumie nie jest tak źle. W cenę wolności mogę zrobić wszystko. Mam dość takiego życia jakie jest tu. Tak propozycje jest kusząca, choć... Nie to nie jest propozycja, bardziej mi to wygląda na rozkaz pod karą śmierci." rozmyślała i przy owej myśli, podniosła kącik ust do góry w dziwnym uśmiechu. "Kocham to, po prostu uwielbiam jak podejmują za mnie decyzję. Zapowiada się na niezłą zabawę..." myślała, gdy pytanie, które zadał jeden mężczyzna z grupy, otrzeźwiło ją. Dla niej mogli ruszyć już w tej chwili.
Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Ogrom rozpaczy? Zabrzmiało to tak przekonująco, że Falibor niemal uwierzył w słowa Sylweranda. Niemal. Choć nigdy nie interesował się stosunkami panującymi między magami Kręgu, to jednak nie wydało mu się prawdopodobnym, by osoby obdarzone tak olbrzymią mocą, władzą i wpływami przyjaźniły się ze sobą. W jego opinii mogły się co najwyżej tolerować. Z drugiej strony obchodziło go to tyle, co obrzędy godowe bazyliszków. Czyli niewiele.
Dalsza część przemowy Mistrza Luster była już ciekawsza. Wolność? Wojak potoczył spojrzeniem po stojących obok niego ludziach. Cieszyli się oni na obietnicę wolności. Było to nawet zrozumiałe, choć dla Falibora nie wydało się to dostateczną nagrodą. Bo co miałby robić jako wyzwoleniec? Pewnie zaciągnąłby się znowu do jakiejś kompanii najemników i zarabiałby, walcząc za dobrze płacących szlachciców. Jego życie na służbie Władcy Luster było zaś podobne.
Runiczny bardziej zainteresował się częścią o cofnięciu się w czasie. Jeśli to oni będą mieli decydować o przetrwaniu bądź upadku Kręgu, to może uda się z tego ugrać coś dla siebie? Gra wydawała się warta świeczki, nawet jeśli podjęcie misji oznaczało spędzenie kilku miesięcy z Dziadygą, co było raczej wątpliwą rozrywką. Najpierw jednak należało dowiedzieć się czegoś więcej o zadaniu.
-Wasza Dostojność, jeśli można spytać - zwrócił się do Srebrnej Dłoni. -Z czym przyjdzie nam się zmierzyć po przejściu przez portal? Co będziemy musieli zrobić, by nie dopuścić do śmierci twoich, panie, przyjaciół? I jak daleko cofniemy się w czasie?
Swoją drogą to, że dopiero on zadał te pytania było trochę niepokojące. W końcu Srebrna Dłoń nie podał żadnych konkretów, a obecnych w komnacie jakoś nie ciekawiło, co ich czeka. Przeciwnie, chcieli jak najszybciej przejść przez portal. Jeśli traktowali to jak jakąś wielką przygodę, to było źle. To wyglądało tak, jakby wcale nie przejęli się, że przyjdzie im się zmierzyć z czymś, co zabiło dwanaście najpotężniejszych istot Eo.
Dalsza część przemowy Mistrza Luster była już ciekawsza. Wolność? Wojak potoczył spojrzeniem po stojących obok niego ludziach. Cieszyli się oni na obietnicę wolności. Było to nawet zrozumiałe, choć dla Falibora nie wydało się to dostateczną nagrodą. Bo co miałby robić jako wyzwoleniec? Pewnie zaciągnąłby się znowu do jakiejś kompanii najemników i zarabiałby, walcząc za dobrze płacących szlachciców. Jego życie na służbie Władcy Luster było zaś podobne.
Runiczny bardziej zainteresował się częścią o cofnięciu się w czasie. Jeśli to oni będą mieli decydować o przetrwaniu bądź upadku Kręgu, to może uda się z tego ugrać coś dla siebie? Gra wydawała się warta świeczki, nawet jeśli podjęcie misji oznaczało spędzenie kilku miesięcy z Dziadygą, co było raczej wątpliwą rozrywką. Najpierw jednak należało dowiedzieć się czegoś więcej o zadaniu.
-Wasza Dostojność, jeśli można spytać - zwrócił się do Srebrnej Dłoni. -Z czym przyjdzie nam się zmierzyć po przejściu przez portal? Co będziemy musieli zrobić, by nie dopuścić do śmierci twoich, panie, przyjaciół? I jak daleko cofniemy się w czasie?
Swoją drogą to, że dopiero on zadał te pytania było trochę niepokojące. W końcu Srebrna Dłoń nie podał żadnych konkretów, a obecnych w komnacie jakoś nie ciekawiło, co ich czeka. Przeciwnie, chcieli jak najszybciej przejść przez portal. Jeśli traktowali to jak jakąś wielką przygodę, to było źle. To wyglądało tak, jakby wcale nie przejęli się, że przyjdzie im się zmierzyć z czymś, co zabiło dwanaście najpotężniejszych istot Eo.
Re: Prolog - "Nigdy nie ufaj emerytom..."
Sól wchłonęła wydzielinę smokowca, jednocześnie rozgrzewając się niczym rozcieńczany kwas. Evanesca sięgnęła do jednej z szuflad, wygrzebała szklaną szpatułkę i zamieszała miksturę. Nakładanie tego na skórę wydawało się Ev najgłupszym z pomysłów Rhazaala, ale dalej mieszała miksturę, w nadziei, że przynajmniej ostygnie.
- Podziękuj Rhazaalowi. Zdzieli cię laską po głowie, mówiąc "Nie ma za co" - roześmiała się, słysząc słowa Thomasa.
Maź nie stygła, a gdy nałożyła odrobinę na palec, mocno zapiekło. Zostawiła miskę w spokoju i sięgnęła po naczynie z arią. Jak się szybko przekonała, mieszanka nałożona uprzednio na arię, stygła w mniej niż sekundę. A choć u siebie nie zaobserwowała żadnych zmian, na wysypkę musiało podziałać. Dziad musiał znać sposób by cofnąć szkody wyrządzane przez jego zdeformowaną kończynę.
Spostrzegła, że Thomas ją obserwuje. Nie wydawał się przekonany co do skuteczności dziadkowych cudownych środków. Ale i tak nie miał dużego wyboru.
Nałożyła ostrożnie maziowatą miksturę na arię, starannie przykrywając wszystkie wykwity. Podczas całego procesu starała się w żaden sposób nie okazywać niepewności. Chcąc nie chcąc, musiała zaufać Rhazaalowi. Z ramieniem Thomasa aktualnie nic dziwnego się nie działo.
- W porządku? - zapytała na wszelki wypadek - Mów, gdyby się coś działo.
Wyjęła z szafek trzy niewielkie buteleczki i napełniła każdą z nich kolejno arią, dziwną solą i żółtawym płynem. Tą ostatnią musiała szczelnie zaplombować, wydzielina smokowca nie wydawała się być bezpieczną substancją. Schowała wszystkie trzy fiolki do torby. A nuż Dziada znów zaczną świerzbić ręce?
- Podziękuj Rhazaalowi. Zdzieli cię laską po głowie, mówiąc "Nie ma za co" - roześmiała się, słysząc słowa Thomasa.
Maź nie stygła, a gdy nałożyła odrobinę na palec, mocno zapiekło. Zostawiła miskę w spokoju i sięgnęła po naczynie z arią. Jak się szybko przekonała, mieszanka nałożona uprzednio na arię, stygła w mniej niż sekundę. A choć u siebie nie zaobserwowała żadnych zmian, na wysypkę musiało podziałać. Dziad musiał znać sposób by cofnąć szkody wyrządzane przez jego zdeformowaną kończynę.
Spostrzegła, że Thomas ją obserwuje. Nie wydawał się przekonany co do skuteczności dziadkowych cudownych środków. Ale i tak nie miał dużego wyboru.
Nałożyła ostrożnie maziowatą miksturę na arię, starannie przykrywając wszystkie wykwity. Podczas całego procesu starała się w żaden sposób nie okazywać niepewności. Chcąc nie chcąc, musiała zaufać Rhazaalowi. Z ramieniem Thomasa aktualnie nic dziwnego się nie działo.
- W porządku? - zapytała na wszelki wypadek - Mów, gdyby się coś działo.
Wyjęła z szafek trzy niewielkie buteleczki i napełniła każdą z nich kolejno arią, dziwną solą i żółtawym płynem. Tą ostatnią musiała szczelnie zaplombować, wydzielina smokowca nie wydawała się być bezpieczną substancją. Schowała wszystkie trzy fiolki do torby. A nuż Dziada znów zaczną świerzbić ręce?
Spoiler:
