Takie tam bazgroły
ok może teraz coś z pisania
Żył raz rycerz – strażnik cnoty,
Co pakował się w kłopoty.
Służył damom, bił potwory,
Nigdy nie był słaby, chory.
Raz na rozkaz swego pana,
Był u niego zaraz z rana.
Dostał nakaz wyruszenia,
Pięknej damy uwolnienia,
Która w wieży sobie siedzi;
Król o ślubie coś tam bredzi.
Rycerz bez wahania chwili
Na kark koński już się chyli.
Gna i konia nie oszczędza,
Wszak księżniczki dola nędzna.
Ściany wieży gładkie, smukłe,
Żadne cegły nie wypukłe.
Nie ma drzwi, ani klameczki,
Jak się dostać do dzieweczki?
Zza pagórka smok wychodzi:
„Mój rycerzu o co chodzi?
Ty chcesz damę uratować!?
Nie będziemy się targować.
Urwę głowę, wdepczę w ziemię,
Zniszczę wnet rycerskie plemię.
Banda chamów, obiboków,
Banda złych zabójców smoków”
Rycerz skończył przemyślenia:
„Koniec smoku pierdzielenia,
Walcz jak kodeks każe stary,
Chyba że się boisz kary.
Jeśli wygram, zedrę skórę,
I wydłubię w tobie dziurę.
Koniec zabaw i gadania,
Czas się zbierać do działania.”
Święta klinga zabrzęczała,
Śmiercionośną pieśń zagrała.
Pierwszy raz od urodzenia
Smok miał z stalą doczynienia.
Grad ataków, ciosów burza,
Smocza jucha niczym róża
Wytrysnęła z rany w łapie,
Smok strapiony w zad się drapie,
„Oj rycerzu, mości panie,
ech idioto, ty baranie!
Cięcie smoka, rzecz jest głupia,
Wszak smok wszystkich ukatrupia.
Pożrę ciebie, nie zostanie
Kawał blachy mości panie.
Wkurzyć smoka każdy umie,
Bo wystarczy grać na dumie.
Lecz by smoka ukatrupić,
Trza się w łaski bogów wkupić”
Wtem coś strasznie głośno ryczy.
To księżniczka w wieży krzyczy:
„Skończ zabawy mój rycerzu,
Mój złociutki, mój ty zwierzu.”
Pierś panience falowała,
Tak się o rycerza bała.
Rycerz widok miał przecudny,
Smoczy pysk wydał się nudny.
Cięcie, finta i parada,
Już smokowi łeb odpada.
Rycerz dumą rozpierany,
Wdrapać chciał się na te ściany,
Co mu drogę zagradzały,
Od księżniczki odcinały.
Rycerz rzecze pod natchnieniem:
„Tyś o pani mym zabawieniem,
Kiedy na dół Cię sprowadzę,
Wnet od króla uprowadzę,
Dlań o pani będziesz zgubą,
Dla mnie moją piękną lubą.
Ale dość już gadaniny,
Nie ma tu żadnej drabiny!”
Na to rzecze pani z wieży:
„Zrób coś z tego co tam leży”
Rycerz patrzy, nie dowierza,
Pani każe sprawić zwierza.
Zdziera rycerz smocze skóry,
Mięsa odjął już dwie fury!
Rąbie kości bez pamięci,
Jakaś myśl widać go męczy.
W końcu wpadł na pomysł złoty,
Jak rozwiązać swe kłopoty.
Smoczych skrzydeł użył mocy,
Aby pod osłoną nocy,
W ciało swoje przysposobić,
Smocze skrzydła oraz rogi.
Rycerz wzleciał na wyżyny,
Do kochanej swej dziewczyny.
Luba nie chce tego stwora,
Taki brzydki, że aż chora.
Smocze kolce odpadały,
Ale skrzyła pozostały.
Rycerz porwał lubą w pasie,
Lot do zamku udał mu się.
Smocze skrzydła to sprawiły,
Że go mocą napełniły.
Zmiażdżył wojsko swego króla,
Skazał na śmierć w wielkich bólach.
Z panią wieży miał wesele,
Byli na nim przyjaciele.
Smocze skrzydła dały siły,
Ale także klątwą były.
Rycerz gniewem, rządzą pała,
Już wytacza ciężkie działa,
Oto smocza moc sprawiła,
Chęć na śmierć w nim rozpaliła.
Walczy, dusi rycerz młody,
Nie ma względu na pogody
Ducha swojej pięknej pani,
Ciągle tylko wrogów rani.
Luba z wieży uwolniona,
W zamku teraz osadzona.
Cierpi męki sama w domu,
Nie ma zwierzyć się nikomu.
Sama siebie wysłuchała,
Chęć wolności zapałała
W młodym sercu pięknej pani,
Co je rycerz głupi rani.
Wrócił mąż ze swej wyprawy,
Miał chęć sporą na zabawy.
Gdy ukończył spółkowania
Ledwie żywy padł w posłania.
Żona cała obolała,
Jeszcze chwilę poczekała,
Po czym z nożem w pięknej dłoni,
Zbliża się do męża skroni.
Lecz obrała inne cele,
Tnie mężowe przyjaciele.
Pani skrzydła pochwyciła,
I do serca przytuliła.
Z błony smoczej się zmieniły,
Puchem ptasim się spowiły!
Pani skrzydła przemierzyła,
Do łopatek przytroczyła.
Skrzydła mocą swą sprawiły,
Anielicę utworzyły.
Długie nogi, biała skóra,
Piękne oczy i postura,
Złote włosy, zwiewna szata,
Jej niegodna już ta chata.
Zamek z chatą porównany,
Zamek to dom jest na pany,
Zamek to są szare mury.
Jej mieszkaniem teraz chmury!
Pani męża uzdrowiła,
Z obłąkania wyleczyła.
Długo w usta całowała,
Po czym oknem wyleciała.
Nikt nie wspomniał już o pani,
Co rycerskie serce rani.
Rycerz smutny, bez miłości,
Porachował wrogom kości.
Lecz przyjemność odleciała,
Jak ta anielica mała,
Co ją kochał ponad życie,
Ale w swoim durnym bycie,
Wybrał żywot wojownika,
W takim bycie szczęście znika.
Mordy, gwałty, podpalenia,
Z tym ma wojak do czynienia.
Po utracie pięknej żony,
Mąż jest plotką zakażony,
Że go żona opuściła,
Że niewierna jemu była.
Rycerz z diabłem zapaktował,
Całe miasto w siarce schował.
Dusza żywa nie ostała,
Ziemia krwią wręcz opływała.
Zginął rycerz piękny, młody,
Co tak kochał swe przygody.
Smocze skrzydła go zgubiły,
Co potęgą obdarzyły.
Moc przedmiotu źle użyta,
W duszy męża lisia kita.
Miłość zepchnął na plan drugi,
Wojna i honoru długi
Były mu ważniejsze wielce,
Niż miłości pełne serce.
Teraz go dopadła kara,
Diabeł się już tam postara,
Nawet w piekle jest wiadome,
Kto nie kocha, tego gromem!
Piękna pani uskrzydlona,
Na cirrusie położona,
Kilka wieków przedrzemała,
I się znowu zakochała.
W uskrzydlonym pięknym panie,
Co jej mówił „Me kochanie”.
Tak zaczęła się przygoda,
Chociaż para już nie młoda,
Tak się bardzo pokochała,
Że ze sobą już została.
Nie przerwały ich miłości
Żadne sprzeczki, żadne złości,
Bo to miłość jest anielska,
Taka dobra, Taka sielska.
To już koniec mojej pieśni,
Kto tu przysnął, niech już nie śni.
Teraz pora na zapłatę,
Brawa, aplauz, aprobatę.
Bo to prawda sama była,
Gdzieżby mi się wymyśliła
Tak zawiła historyjka,
Teraz dajcie mego kijka.
Opuszczam ja już te mury,
Idę sobie w świat ponury,
Bo nie każdy proszę gości,
Nie docenia dziś miłości.
Trzeba szerzej opowiadać,
Trzeba życiu sensu nadać.
Niech pamięta naród wszelki,
Że z miłością będzie wielki.
Taka bajka kiedyś wymyśliłam zapisałam i zapomniałam
